Le Corbusier. Architekt jutra

Wydany w zeszłym roku przez W.A.B. Architekt jutra, to pierwsza na polskim rynku wydawniczym biografia Le Corbusiera. Może to nieco dziwić, szczególnie jeśli weźmie się pod uwagę fakt, że przez całe lata modernistyczny sposób postrzegania świata kształtował także polską rzeczywistość.

Architekt jutra jest biografią całościową, przedstawiającą życie i twórczość LC w ujęciu problemowym. Nie jest to więc biografia typu „urodził się w roku, ukończył nauki, pracował” itd. Wymiar chronologiczny jest w niej co prawda obecny, ale w minimalnym możliwym stopniu. Flint pokazuje Le Corbusiera z perspektywy wybranych przez siebie najbardziej znaczących obszarów życia czy ikonicznych realizacji. Na tym tle portretowany jest LC jako człowiek – pokazywane są jego relacje z rodziną, przyjaciółmi czy klientami – i to stanowi chyba największą wartość tej książki. Flintowi udało się więc uniknąć pokusy pisania o LC jedynie z perspektywy jego prac. Są one oczywiście obecne, jednak w żadnym razie nie są dominujące. Cały czas jest to opowieść o człowieku.

Pisząc kiedyś o Kompleksie gmachu Deyana Sudjica wspominałem, że architekci nigdy nie grzeszyli specjalną skromnością i dystansem do siebie. Flint pokazuje to po raz kolejny i po raz kolejny powraca pytanie o etykę projektanta i projektowana. W przypadku Le Corbusiera cieniem kładzie się na nim współpraca z rządem Vichy i aktywne zabieganie o pozyskiwanie od nich zleceń. Nawet biorąc pod uwagę nakierowany na ludzi cel tego projektu (opracowanie taniego systemu budownictwa mieszkaniowego dla najmniej zamożnych grup) wątpliwości pozostają. Wątpliwości te są tym większe, że na czas wojny ze współpracy zrezygnowało wielu projektantów, w tym także partnerzy LC z jego pracowni. Czy Le Corbusier zdawał sobie sprawę z tego co robi? Z pewnością stanowisko głównego architekta Francji (nawet jeśli tylko tej okupowanej) było spełnieniem jednego z jego marzeń. Dwuletni pobyt w Vichy i próby układania się z kolaboranckim rządem bardzo dzisiaj rażą. Razi jeszcze bardziej ostentacja, z która LC tuż po otwarciu drugiego frontu przeniósł się na drugą stronę – porzucił Vichy, otworzył pracownię w Paryżu i zaczął pojawiać się w towarzystwie ruchu oporu. To bardzo smutna refleksja nad tym, że „duży może więcej” i że niektórym łatwiej jest wybaczać błędy. Flint pisze o tym tak:

Z pewnością wiedział [de Gaulle] o tym, co architekt próbował osiągnąć w Vichy, ale najwyraźniej postanowił to pominąć milczeniem. Być może podobała mu się energia Le Corbusiera, a przede wszystkim jego koncepcje. Przyzwoite mieszkania dla Francuzów żyjących w odbudowujących się miastach stanowiły najwyższy priorytet. De Gaulle, patriota bez skazy, był także pragmatykiem. Chciał efektów.

Refleksja, z którą jest więc czytelnik pozostawiony nie jest więc specjalnie optymistyczna. Czy od artystów i wysokiej klasy specjalistów nie powinno się wymagać więcej? Co z politykami? Gdzie przebiega granica pomiędzy „poprawianiem świata” a koniunkturalizmem w czystej postaci? Zwracam tylko uwagę, że problem odpowiedzialności za współprace z reżimem pojawił się także w odniesieniu do Gerdy Troost (o czym pisałem przy okazji recenzji Domu Hitlera). Czy była między nim jakaś zasadnicza różnica? Szczerze – nie sądzę. Jedyna to ta, że Troost miała szansę na bezpośredni wpływ i ją wykorzystała, a Le Corbusierowi się nie udało (i to głównie dlatego, że niedecyzyjny był rząd Vichy).

Pytanie o moralność nie dotyczy jedynie kwestii politycznych. Mimo naprawdę wielkiej miłości do swojej żony i związku trwającego przez całe życie, Le Corbusier wdał się w co najmniej kilka romansów i nie należał do mężów wiernych. Także w stosunku do swoich klientów i pracowników bywał jeśli nie bezwzględny, to co najmniej – bardzo surowy. Wszystko to składa się na obraz osoby o trudnej osobowości. I to właśnie uważam za największą zaletę tej książki – pokazanie wyjątkowego człowieka nieco odartego z nimbu jakości tworzonych rzeczy. Człowieka ludzkiego jak mało kto.

Drugi wymiar, to z kolei pokazanie dwóch twarzy Le Corbusiera – artysty, uważającego dzieło architektoniczne za dzieło sztuki oraz pragmatyka, skupionego na jej funkcjonalnym wymiarze. O tym aspekcie wpływu LC na architekturę zazwyczaj się zapomina, bo jest on przykryty przez nietrafione (chociaż temat ten jest dyskusyjny i wcale nie tak oczywisty) koncepcje modernistów. To ważne, bo nawet przeglądając obrazkową biografie LC, byłem zaskoczony tą dwoistą naturą: z jednej strony design czysty jak szkło, z drugiej – jednak chęć wprowadzenia tam elementów sztuki. Ten wątek jest dla mnie szczególnie ważny, bo „efektywność designu” jest jednym z bardziej interesujących mnie zawodowo tematów.

Nazywano go komunistą i sługusem kapitalizmu, socjalistą i faszystą. Ale w istocie był gotów pracować dla każdego. W imię architektury zachowywał się jak bezwzględny oportunista. Krytycy dostrzegali w jego projektach szczere upodobanie do faszyzmu, z jego zimną funkcjonalnością i wpisaną w niego obietnicą skuteczności: wielu nie mogło uwierzyć, że byłby w stanie odsunąć na bok skrupuły i sprzymierzyć się z tak odrażającymi reżimami.

To była cena, którą (za)płacił za swoją miłość do architektury/designu. I to jest chyba moment, w którym każdy z nas powinien zadać sobie pytanie czy i co jest w stanie złożyć w ofierze projektowaniu, które uprawia. Uświadomienie sobie własnej relacji z designem, z celem dla którego bierze się udział w procesie projektowym jest dla mnie fundamentem, na którym buduje się swoją projektancką tożsamość. Ta refleksja nie przychodzi jednak znikąd. Tak się jakoś składa, że Architekt jutra tę refleksję wywołuje.

***

Na tle innych książek, które trafiły do mnie ostatnio, Architekt jutra wyróżnia się negatywnie, jeśli chodzi o jakość wydania. Naprawdę doceniam próby stylistycznego nawiązania do artystycznego etapu twórczości LC. Formalne eksperymenty z okładką, umieszczenie na niej symbolu ptaka (szkoda, że w książce brak wyjaśnienia dlaczego było on dla niego tak ważny), zdjęcia na spad i na rozkładówkach, zamykanie poszczególnych rozdziałów fragmentami z malarskich prac LC… To wszystko naprawdę fajne.

Problem w tym, że środki te stoją w opozycji do bardzo niedbałego składu książki: kiepsko dobranemu krojowi, jeszcze gorzej ustawionym marginesom, miękkiej okładce i klejonemu grzbietowi. Listę zarzutów dopełniają niemożliwe do sensownego obejrzenia (sic!) – zdjęcia w formacie rozkładówek. Niby są to detale, ale detale wielce znaczące. Że da się stylistycznie dobrze osadzić Le Corbusiera pokazuje przykład wydanego przez Centrum Architektury W stronę architektury – można tekst złożyć Bodonim? Można dać powlekany papier? Że mniej czytelne? No to co? (Wybacz mi Panie, bo wiem co piszę!) Czytając Architekta jutra miałem wrażenie, że gdyby to wydanie wpadło w ręce LC, to w najlepszym razie nie wzbudziłoby jego zachwytu… Szkoda, bo traktuję to jako utraconą szansę na coś naprawdę wyjątkowego.

***

Niezależnie od moich uwag krytycznych (o charakterze wyraźnie drugorzędnym), bardzo się cieszę, że ta biografia ukazała się w polskim tłumaczeniu. Pozwoli to szerszemu gronu czytelników zaznajomić się chociaż trochę z twórczością Le Corbusiera. Moim zdaniem to ważne, bo mimo zasłużonej krytyki modernizmu jako dominującej w XX wieku szkoły architektonicznej, jej ocena z perspektywy czasu traci na (negatywnej) oczywistości. Jednocześnie narracja Flinta pozwala nawet osobom nie specjalizującym się w architekturze rozumieć idee stojące za poszczególnymi projektami. No i oczywiście każda książka niesie w sobie jakąś dozę inspiracji. Dla mnie było nią odkrycie muzyki Josephine Baker.

Książkę przeczytałem po raz pierwszy na początku roku, niniejszy tekst powstał w okolicach kwietnia. Na wersję ostateczną zdecydowałem się pod drugim przeczytaniu książki – uznałem, że jest zbyt ważna, żeby pisać o niej po jednokrotnej lekturze i była to decyzja zbawienna, bo drugie czytanie wniosło mi bardzo wiele nowego. Zachętam więc do czytania Architekta jutra. Nawet jeden raz!

Komentarze

comments