co-discoveryW życiu każdego badacza przychodzi chwila, kiedy badanie „nie wychodzi”. Jest temat, są użytkownicy, wcześniej wybrana jest metoda (czasami nawet jest przetestowana), są chęci… człowiek siada do tego i dupa po prostu nie idzie. Modyfikuje się różne elementy badania licząc, że jakoś to zaskoczy, ale nic takiego nie ma miejsca. Czyli człowiek się męczy, ale średnio mu to wychodzi. W takiej sytuacji znaleźliśmy się w zeszłym tygodniu.

Realizowaliśmy badanie na temat-istotny-dla-firmy-i-dla-nas. Mimo że ostatnio bardzo dobrze sprawdzały się nam wywiady pogłębione, tym razem postanowiliśmy zmienić i spróbować co-discovery. Tylko krowa nie zmienia poglądów, a że my właśnie nie krowy, to w ramach samorozwoju UXowego stwierdziliśmy, że będzie co-discovery. Temat (z wiadomych względów go pominę) był naprawdę ciekawy. Co więcej – od dawna nie miałem tak dobrze zrekrutowanej grupy: badani mieli w temacie wiedzę, byli z nim zaznajomieni i pewnie wszystko byłoby dobrze, gdybyśmy pozostali przy IDIs. Nie działała jedna konkretna rzecz – badani po prostu nie wchodzili ze sobą w interakcję. Mimo naszych próśb, traktowali to jako rozmowę z prowadzącym, a nie jako wspólne omawianie jakiegoś problemu. W efekcie zamiast pełnić rolę obserwatora-moderatora, odgrywałem rolę zwyczajnie pytającego. Samo w sobie nie jest to złe, ale w tym badaniu akurat nie pomagało. Ta jedna rzecz (brak elementu co-) rzutowała na całą resztę:

  • temat nie został należycie pogłębiony (findingi były na poziomie dość ogólnym)
  • jako prowadzący wywiad nie mogłem się skupić na jednej osobie, bo musiałem pamiętać o
    drugiej (a w sumie to głupio tak rozmawiać tylko z jedną osobą)
  • znacznie mniej zapamiętywałem, bo zamiast dialogu miałem osobne monologi (to było w sumie bardzo zaskakujące dla mnie, bo sądziłem do tej pory że mam dobrą pamięć – okazuje się jednak, że wcale nie)

Coś tam udało się pozyskać, ale udało się to raczej MIMO niż DZIĘKI co-discovery. Tak czy owak planujemy drugą edycję badania, tylko przeprowadzimy je już inaczej. Na 10 par udało się nam doprowadzić do faktycznej rozmowy badanych tylko w 2 przypadkach. Faktycznej, czyli takiej w której badacz stawał się niewidoczny i rozmowa toczyła się sama. Co ciekawe, były to osoby nie znające się i tej samej płci (kobiety). Testowo mieliśmy też zrekrutowane dwie pary znajomych (żeby zobaczyć na ile inaczej będzie się to prowadzić), ale znacząco nie odbiegały one jakością od „zwykłych” badanych. Testowaliśmy też różne strategie sadzania badanych: obok siebie, lekko skośnie, „na narożniku”, na przeciwko… żadnej różnicy.

W związku z badaniem mamy kilka hipotez:

  • Pierwsza: temat rozmowy/badania musi być dla badanych angażujący. Być może dlatego co-discovery doskonale sprawdziło się w naszej organizacji, a poległo w odniesieniu do użytkowników. Ludzie w Play byli podkręceni tym co robią, bo czuli że rozwiązują swój realny problem lub usprawniają istniejący proces, byli więc mocno zaangażowani. Dla użytkowników zewnętrznych, badanie na jakiś temat było z pewnością średnio interesujące.
  • Druga: elementami sprzyjającymi zaangażowaniu mogą być fizyczne obiekty lub inne przedmioty pozwalające na wspólną interakcję (np. ekran komputera). Być może elementy takie będą w stanie funkcjonować jako przestrzeń spotkania dwóch osób. Takie doświadczenia miała koleżanka, z którą wspólnie to badanie realizowaliśmy. W naszym przypadku nie mieliśmy artefaktów i to był chyba błąd.
  • Trzecia: moderowaliśmy to badanie w sposób niewłaściwy, dając uczestnikom za mało możliwości mówienia i za bardzo pilnując rozmawiania o temacie. 

Przede mną proces faktycznego ustalenia przyczyn niepowodzenia, co oznacza że z tą metodą przyjdzie zapoznać się bliżej.

Komentarze

comments