ściana pokoju w Belfaście

Kiedy pisze się o projektowaniu, często wspomina się o empatii. Czy można jednak empatię ćwiczyć, rozwijać? Jestem przekonany, że tak i że nie potrzeba do tego żadnych narzędzi, oprogramowania czy flamastrów. Jedyne co potrzeba, to trochę czasu na poczytanie i odrobiny otwartości na zrozumienie racji drugiej strony. A może po prostu zrozumienie jej sytuacji? Punktem wyjścia do tego wpisu jest znakomity zbiór reportaży Aleksandry Łojek – Belfast. 99 ścian pokoju. ale będzie nie tylko o niej. Nie ma w nim słowa o UX, nie mówi się także o projektowaniu, testowaniu… W zasadzie nie ma ani słowa o tym, czym na co dzień się zajmujemy. A jednak jest to książka na tyle ważna, że zdecydowałem się o niej napisać.

Aleksandra Łojek mieszka w Belfaście od dobrych kilku lat , a książka jest refleksją na temat tego, co znaczy życie w podzielonym mieście. Podzielonym dosłownie i w przenośni, bo miasto to dla autorki zarówno civitas jak i urbs. Nie chce zamęczać tutaj szczegółowym tłem konfliktu irlandzkiego. Jest wiele miejsc, w których można o tym szczegółowo poczytać. Na potrzeby tego tekstu wystarczy wiedzieć tylko tyle, że w latach 1968-1998 w Irlandii Północnej toczyła się prawie regularna wojna domowa pomiędzy protestancką większością (lojalną wobec Zjednocznego Królestwa), a katolicką mniejszością (chcącą przyłączenia Irlandii Północnej do Republiki Irlandii). Starsi czytelnicy zapewne pamiętają (głównie z lat 80-tych) informacje o zamachach bombowych, porwaniach, zamieszkach. Ten konflikt był naszą codziennością – kiedy na lekcje Wiedzy o społeczeństwie miałem prowadzić dzienniczek 0 zdarzeniach na świecie, dwa tematy były pewne: wojna iracko-irańska i konflikt w Irlandii Północnej (inna sprawa, że ten drugi szczególnie pasował ówczesnej władzy, bo taka wojenka u kapitalistów to wdzięczy temat). Anglicy mówiąc o tych latach posługiwali się eufemizmem „The Troubles” (kłopoty). To właśnie o Irlandii Północnej opowiada chyba najbardziej przejmujący utwór Marillion (jeszcze z Fishem) – Forgotten Sons.

Konflikt zakończył się porozumieniem wielkopiątkowym, czyli dogadaniem się obu stron konfliktu i próbą ułożenia sobie życia na nowo, bez przemocy. Taka północnoirlandzka wersja „grubej kreski”. I ta gruba kreska funkcjonuje do dziś. Mimo ekstremizmu po obu stronach. A teraz pora spojrzeć jeszcze raz na obrazek otwierający wpis oraz ten poniżej. Widać mur, jednak nie jest to Palestyna… ten mur to tzw. ściana pokoju (a peace wall), czyli sztuczna granica oddzielająca obszar zamieszkany przez katolików od obszaru lojalistów. W internecie znajdziecie nawet propozycje wycieczek po ścianach pokoju. Między innymi dzięki peace walls udaje się utrzymać w Belfaście pokój.

ściana pokoju w Belfaście

Aleksandra Łojek pokazuje, jakim kosztem się to odbywa. Wchodzi pomiędzy obie strony konfliktu i wykorzystując swoje – jako obcego, człowieka spoza układu – prawo do niewiedzy zadaje pytania, których osoby tam mieszkające nie mogą zadać. Co więcej, z racji swojej inności, jest przez mieszkańców traktowana w sposób uprzywilejowany, co przejawia się tym, że dzielą się z nią historiami, które nie mogą być opowiedziane na poziomie wspólnoty. Nie mogą, bo za bardzo obciążają. Belfast pokazany przez Łojek, to miasto potwornie okaleczone i żyjące – mimo pokoju – w ciągłym napięciu. Bo jak mówi jeden z bohaterów, to nie jest wojna, ale nie jest to też pokój.

To niesamowite, jak szybko może zlecieć 20 lat (od porozumień wielkopiątkowych). Niby bardzo dawno, a jednak wcale nie. Urodziły się dzieci, dorosły nawet, ale rodzice pamiętają. Rodzice pamiętają i tę pamięć (oraz swoje historie) przekazują swoim dzieciom. Właśnie tym, które miały szczęście urodzić się już po Kłopotach i które – pozornie – powinny żyć w innym społeczeństwie, w inny sposób. Reportaże Łojek pokazują, jak głębokie mogą być (i tak naprawdę – jakie są) podziały w społeczeństwie, które z pozoru jest tak jednolite i nowoczesne. Ludzi dzielą tutaj niby poglądy, ale tak naprawdę ceną tych poglądów jest ludzkie życie. Historie spisane przez Łojek są wstrząsające, tak jak przerażająca bywa czasami ludzka natura. Jednocześnie jest to książka pełna nadziei i o bardzo pozytywnym przesłaniu. To nie jest tak, że nic się nie zmienia, bo zmienia się bardzo wiele. Ale jest tak, że zmienia się dużo wolniej niż planowali to politycy decydując się na zawieszenie broni.

Jasne, nie można generalizować, to nie jest tak, że ludzie są źli. Ludzie w pewnych sytuacjach bywają źli. Co więcej, to nie jest tak, że źli są tylko po jednej ze stron. Tak naprawdę obie strony odpowiadają za to, co działo się w czasie Kłopotów, a teraz obie strony tak samo solidarnie starają się mimo tego żyć normalnie. Często wydaje nam się, że żyjemy i pracujemy w świecie podzielonym, otoczeni ludźmi z którymi nie da się rozmawiać. Lektura Belfastu może pomóc nam odnaleźć właściwe proporcje.

Jednocześnie jest to niesamowita opowieść o tym, jak polityka przeplata się z designem. Bo tak, świat pokazany przez Łojek jest światem zaprojektowanym. Układ linii komunikacji miejskiej jest dostosowany do układu społeczno-politycznego, opracowane są specjalne programy mediacyjne, ludzie szkoleni są z tego, żeby móc pomóc sobie wzajemnie (i ograniczyć wyjątkowo wysoki współczynnik samobójstw). To co robi największe wrażenie, to że nie jest to design zza biurka. To jest design partycypacyjny w najlepszym tego słowa znaczeniu. Jednocześnie to jest design, który wymusza na obu stronach ustępstwa, ale wymusza w sposób sokratejski – uczestnicy sami dochodzą do wniosków, do których powinni dojść i które wpisują się w całość procesu pokojowego. To jest coś chyba coś, co daje nadzieję na lepszą przyszłość – taka świadomość, że nam musi się udać.

***

Około 20 lat temu, kiedy pisałem swoją pracę magisterską sporo czytałem o Hiszpanii (może dlatego, że właśnie o niej była magisterka ;). Fascynowało mnie to, w jaki sposób zacofany kraj w bardzo krótkim czasie przeszedł tak udaną transformację gospodarczą i ustrojową. Nie mogłem się nadziwić w jaki sposób udało się Hiszpanom zachować w stosunku do siebie tyle szacunku, mimo naprawdę głębokich podziałów spowodowanych historią. W Polsce była to połowa lat 90-tych i wydawało się, że wszystko jest podzielone nieodwołalnie i wszyscy nienawidzą wszystkich (żeby zobaczyć że da się bardziej, trzeba było poczekać do czasów post-smoleńskich). Pamiętam, że ogromne wrażenie zrobiła na mnie wtedy książka Victora Perez-Diaza Powrót społeczeństwa obywatelskiego w Hiszpanii. Do tej pory pamiętam odpowiedź na pytanie, co – według autora – jest powodem tego, że Hiszpanom udało się zapomnieć o przeszłości i sobie wybaczyć, a w Polsce jakoś słabo to wychodzi. Odpowiedź była zaskakująca: u nas była wojna domowa, u was nie… a wojna zmienia wszystko. My musimy zapomnieć. Czytając książkę o Belfaście od razu połączyły mi się te dwie historie. Może jest tak musi być naprawdę źle, żeby mogło być lepiej?

Zbeletryzowaną opowieścią o Hiszpanii przed, w trakcie i po wojnie domowej są Głosy Pamano Jaume Cabre. Historia rozgrywająca się na kilku planach, w różnych czasach, ale której jądro stanowią wydarzenia hiszpańskiej wojny domowej i życie we frankistowskiej Hiszpanii. Nie jest to jednak w żadnej mierze książka wojenna – jest to książka o tym, jak wojna wpływa na ludzi oraz jak wybory polityczne (często tragiczne, w tym sensie, że wcale nie podejmowane świadomie) podjęte kiedyś, wpływają na życie innych. To historia smutna, ale jednocześnie zaskakująco prawdziwa. Wywołująca silne emocje, ale jednocześnie zmuszająca czytelników do rozpatrywania racji wszystkich stron. Książka, wobec której nie da się przejść obojętnie i która pokazuje (od trochę innej strony) koszty „zapomnienia przeszłości”.

***

Dlaczego o tym piszę? Mam wrażenie, że czytając takie „szare” historie, historie w których nie ma bohaterów całkowicie dobrych lub całkowicie złych (no dobra, zdarzają sie może pojedynczy), jesteśmy zmuszanie do rozważania sytuacji, których w życiu codziennym rozważać (na szczęście!) nie musimy. Obie książki opowiadają historie zbudowane wokół wojny domowej, nienawiści, przebaczenia, odkupienia. To nie jest tak, że wrażliwość jest nam dana raz na zawsze. Wrażliwość to coś, co można ćwiczyć przez rozważanie hipotetycznych sytuacji, przez stawianie siebie w obu rolach i zastanawianie się „jak czułbym się w takiej sytuacji”. Pamiętając cały czas o tym, co pisała Szymborska, że „tyle wiemy o sobie / ile nas sprawdzono”.

Komentarze

comments