Deliryczny Nowy Jork - Rem KoolhaasDwa dni temu pisałem o modernizmie i dzisiaj ten temat chciałbym kontynuować. Nie będzie jednak ogólnie o projektowaniu, ale w kontekście książki, którą kilka dni temu skończyłem. Już sam fakt, że „bez kolejki” wrzucam o niej wpis, świadczy o tym, że jest rzecz co najmniej interesująca (kolejka istnieje, naprawdę… i niektóre tytuły będę musiał przeczytać ponownie, żeby móc się do nich odnieść merytorycznie). Książka o której chcę napisać to napisany w 1978 roku Deliryczny Nowy Jork Rema Koolhaasa. Nazwisko niewiele mówi? Nie przejmujcie się – oznacza to tylko tyle, że nie interesujecie się architekturą 🙂

Mam z tą książką problem taki, że wiem co chcę napisać, a nie bardzo wiem jak. Trudno w to uwierzyć, ale tak jest. Powodem takiego stanu rzeczy jest ścisłe powiązanie używanego przez Koolhaasa języka, z treścią. Podtytuł mówi, że jest to „retroaktywny manifest dla Manhattanu”. Początkowo mnie on odstraszał, jednak już po kilkunastu stronach odkryłem ogromną przyjemność ze stylu Koolhaasa – narracji opartej o płynnie wkomponowane w tekst liczne przenośnie. Czasami miałem wrażenie, że czytam poezję. Poezję o architekturze. I nie myślcie, że poezja to wiersz, bo takowych tutaj uświadczycie. Nie należy jednak wysnuwać wniosku, że ta książka jest „miękka” – wręcz przeciwnie. Mimo formy sugerującej niekonkretność, Deliryczny Nowy Jork jest wyjątkowo konkretny.

No ale o czym jest Deliryczny Nowy Jork? On jest teoretycznie o Manhattanie, ale tak naprawdę Koolhaas pisze o doktrynie, którą nazywa manhattanizmem. Tej doktryny (oczywiście nigdy nienazwanej, ale zręcznie wyłapanej przez Koolhaasa) już nie ma, bo zastąpił ją modernizm. Czym manhattanizm był? Sposobem myślenia i postrzegania rzeczywistości, w którym kolejne następujące po sobie rzeczy pochłaniały, ale i wkomponowywały w siebie poprzedników. Czyli jeśli coś budujemy, to teoretycznie niszczymy to co było poprzednio (fizycznie), ale mentalnie robimy mniej więcej to samo co poprzednio, tylko bardziej. Czyli hotel zastępujemy budynkiem większym, ale który też będzie miał hotel w sobie. Zawsze można coś całościowo zmienić, poprawić, wchłonąć i przekształcić.

Deliryczny Nowy Jork - koncepcja wieżowcaJakie jest Wasze pierwsze skojarzenie związane z Manhattanem? Moje, to wieżowce (i nie przypuszczam, żebym był w tym jakoś odosobniony). Tak, to jest książka o wieżowcach… chociaż nie, ona jest o Wieżowcu, a Wieżowiec to filozofia budynku. Brzmi dziwnie? Może tak, ale ktoś to kiedyś wymyślił. Ktoś wpadł na pomysł całkowicie niezależnych, zupełnie oddzielnych, osobnych światów. Popatrzcie raz jeszcze na obrazek obok i zauważcie, że to robi wieżowiec to powiela powierzchnię pod sobą. Im więcej pięter, tym więcej światów (a każdy z nich, może być inny). Teraz to wydaje się oczywiste, ale kiedyś nie było.

Koolhaas pokazuje historię Mahattanu od XVII wieku jako pewien proces. Niesamowite jest w tym to, że kiedy się tę historię czyta, to wygląd dwudziestowiecznego Mahnattanu zostaje zdefiniowany przez pewien sposób myślenia (mahnattanizm) już znacznie wcześniej. W pewnym momencie podczas lektury uświadamiacie sobie jaki będzie dalszy ciąg. Nagle rozumiecie skąd wzięły się tam te wszystkie budynki. Bezcenne doświadczenie zrozumienia filozofii miejsca, krańcowo odległej od filozofii miejsc europejskich. Niesamowite. Zarówno od strony idei (coś takiego się wydarzyło), jak i od strony wrażliwości autora, który coś tak ulotnego dostrzegł. Ale to nie koniec niesamowitości tej książki. Na mnie największe wrażenie zrobiła część o Coney Island, czyli o XIX-wiecznej przestrzeni rekreacyjnej Nowojorczyków. Kiedy czytałem historię tego miejsca, to kilka razy sprawdzałem czy to aby nie jest jakaś blaga. Nie mogłem po prostu uwierzyć, że takie rzeczy, taki sposób myślenia, takie urządzenia i takie koncepcje funkcjonowały w II połowie XIX wieku! I jeszcze ktoś na tym zarabiał! Czytałem, patrzyłem na reprodukcje litografii i zastanawiałem się czy to nie jest jakiś żart ze strony autora, naprawdę. To nie było inne miasto, to był inny kosmos (szczególnie jeśli porówna się to do tego, co działo się wtedy na terenach Polski). Nie będę spoilował i powstrzymam się przed opisami 🙂

Le Corbusier: New York vs. La Ville RadieuseŚledząc rozwój Mahnattanu miałem wrażenie, że jestem świadkiem rozwoju idei modernistycznej. Wiele rzeczy z modernizmu się w nowojorskiej wizji pojawia (odseparowanie pieszych od samochodów, priorytet dla tych ostatnich, „miasto autostrad”, koncepcje funkcjonalistyczne), ale gdzie tam manhattanizmowi do modernizmu… Różnice między oboma sposobami myślenia widać dopiero wtedy, gdy filozofia Mahnattanu zostaje zderzona ze sposobem widzenia świata Le Corbusiera. Koolhaas pokazuje do jakiego stopnia Le Corbusier wykorzystuje Nowy Jork jako zaprzeczenie własnych koncepcji. Kiedyś pisałem o Le Corbusiera notatkach z podróży. Jego problem polegał na tym, że Ameryka go nie chciała, a już na pewno nie chciała zrujnować Mahattanu, żeby postawić miasto jakiego oczekuje Le Corbusier. A o idei nowojorskiego wieżowca, Le Corbusier pisze tak:

W erze prędkości wieżowiec petryfikuje miasto. Najważniejszą pozycję znów zajmuje w nim pieszy, i tylko on. […] Kręci się niespokojnie pod wieżowcem – wesz u stóp wieży. Wesz wchodzi do wieży i jedzie na górę. W wieży dławione przez inne wieże panuje noc, smutek, depresja. […] Ale na szczycie wieżowca wyższego niż inne wesz się rozwesela. Widzi ocean i statki. Znajduje się  ponad innymi wszami. […] Wszy to pochlebia. Wesz to uwielbia. Wesz z aprobatą patrzy na kosztowne dekoracje zatyczki jego wieżowca.

No cóż… Nie bardzo wiadomo jako można to skomentować… Zresztą nie sądzę, aby trzeba było.

Książka Koolhaasa to także kopalnia ciekawostek dla osób zafascynowanych Nowym Jorkiem (osobiście znam takich kilkoro) i jego architekturą. W tym kontekście szczególnie interesujące są rozdziały poświęcone Empire State Building i Rockefeller Center, jako ikonicznym dokonaniom manhattanizmu: jak powstawały koncepcje, co zastąpiły, dlaczego zbudowano je w takiej a nie innej formie, jak wyglądał proces projektowy…

A dlaczego napisałem „pośmiertny triumf modernizmu”? Dlatego że manhattanizmu już nie ma, a wszystko co później budowano w Nowym Jorku to modernizm. Le Corbusier mimo że początkowo odrzucony i obrażony, jednak wpłyną na architekturę Nowego Jorku. Nie bezpośrednio, ale pośrednio, przez wygranie rzędu dusz architektów. Niesamowita historia.

Szczerze zachęcam do przeczytania. Deliryczny Nowy Jork jest naprawdę deliryczny, ale w najlepszym sensie tego słowa. Fascynujący i odrywający od rzeczywistości.