20121111-232758.jpgPracując przy Dużym Projekcie zastanawiam się nad znaczeniem „idealności” w procesie projektowym. Właściwie to interesuje mnie nie sama jakość, ale koszty jej wprowadzenia – rodzaj relacji cena/jakość. Ale najpierw krótka opowieść rowerowa.

Kiedy się pojedzie w góry na rower żeby sobie trochę popodjeżdżać, to jest coś takiego podczas jazdy w górę, że widzi się tylko najbliższy zakręt i ma się nadzieję, że dalej będzie już w dół (a przynajmniej poziomo). Dojeżdża się i… dalej jest pod górę (ale tylko do następnego zakrętu). I znowu, i jeszcze raz, itd. To może zmęczyć mentalnie, wiem to z własnego doświadczenia. Co ważne jednak, to że kiedy tę samą trasę jedzie się kolejny raz, te zakręty już nie męczą tak bardzo, bo wiadomo że do szczytu jeszcze trochę, ale że on jednak będzie tam gdzie zawsze 🙂 Tak naprawdę, męczy głównie chęć szybkiego osiągnięcia efektu końcowego.

Podstawowy problem jaki widzę w kontekście biznesowym, to chęć jak najszybszego zaprojektowania rozwiązania docelowego. Nawet nie alternatyw, ale finalnego rozwiązania. Po części rozumiem takie podejście, bo w realiach biznesowych chce się jak najszybciej doprowadzić do sytuacji posiadania czegoś konkretnego. Z drugiej strony widzę, że wybierane jako baza do dalszych prac jest rozwiązanie może nie gorsze, ale na pewno bardziej „hałaśliwe” od przynajmniej jednej alternatywy. No i powstaje problem natury egzystencjalnej, na ile utrudniać (jako ekspert) gorsze rozwiązanie i popychać zespół w kierunku lepszego.

W tym kontekście pomyślałem o Dużym Projekcie jako o takiej jeździe pod górę: od zakrętu, do zakrętu. Dla mnie jest to łatwe bo już jechałem i wiem, że im bardziej uprościmy interfejs – tym lepiej. Z drugiej strony, widzę realną potrzebę zwolnienia tempa i dania grupie czasu na wypoczynek. Finalny design mógłby być lepszy, ale koszty ludzkie mogłyby być za wysokie, a liczę że to dopiero pierwszy z serii tego typu projektów i że kiedyś te zakręty będziemy łykać lepiej. W przypadku Dużego Projektu odpuściłem więc, uznając że cały zespół zrobił już i tak gigantyczny krok do przodu jeśli chodzi o podejście (obserwacje w terenie, rozmowy z użytkownikami, warsztaty projektowe), że oczekiwanie od nich przyzwolenia na „odjechanie” w tym momencie byłoby chyba nieracjonalne.

A tak na marginesie, to pamiętam jak na CHI 2012 ktoś cytował de Saint-Exupery’ego:

A designer knows he has achieved perfection not when there is nothing left to add, but when there is nothing left to take away.

Ja designerem nie jestem, ale staram się myśleć jego kategoriami. To co widzę przy większości projektów, to przerażenie jakie sieję próbując wyrzucić z nich jak najwięcej rzeczy 🙂 Zasada less is more naprawdę trudno przechodzi. Każdy pierdolet w systemie okazuje się być kluczowy, a jego brak będzie się wiązać z oskarżeniem o brak czujności rewolucyjnej – no jak mogłeś dopuścić do tego, że taki element zniknął?! To niesamowite, ale kiedy zaproponować dołożenie czegoś – wszyscy się zgodzą. A usunięcie? No cóż…