Dwa ostatnie dni szkoliłem ludzi z mojej firmy z design thinking i user experience. Funkcjonuje u nas zwyczaj wewnętrznych szkoleń. Zgłosiłem swój akces i zostałem jako prowadzący zaakceptowany no i w końcu przyszła ta chwila, że trzeba było zrobić wypełnić swój obowiązek wobec Ojczyzny Playa. Szkoliłem więc przez dwa dni w ramach jednego szkolenia.

Mówiąc najkrócej: było fajnie. Dodając nieco więcej powiedziałbym, że jestem zmęczony. Przez ostatnie 2 tygodnie sporo czasu spędzałem zastanawiając się, co dokładnie powiedzieć, do czego zachęcać i jakie zrobić ćwiczenia. Weekend był pod tym względem już naprawdę hardcore’owy – bo musiałem finalnie się na coś zdecydować i przygotować prezentacje. Ostatecznie gdzieś w niedzielny poranek poskładały mi się w większą całość (właśnie design thinking) w której teoria była przeplatana ćwiczeniami. No, z tym że detaliczny plan to miałem na poniedziałek, a co do wtorku to tylko ogólny zarys tego co będzie. Oczywiście już w poniedziałek rano okazało się, że nie będzie tak różowo i że ćwiczenia które chciałem przez dwa dni prowadzić na jednym z projektów, nie mogą mieć miejsca bo projekt jest „wrażliwy” i im mniej o nim wie osób – tym lepiej. Na dodatek coś mi się pokręciło i zrobiłem prezentacje w odwrotnej kolejności (czyli po prezentacji ogólnej o UX opowiadałem o visual thinking, a nie o storytellingu). W efekcie kiedy chciałem zrobić pierwsze ćwiczenie, okazało się że ma być ono z innego tematu,  a zamienić się nie dało bo z kolei drugie (czyli te które miały być później, a musiałem zrobić je wcześniej) bazowały na pierwszych. Życie 🙂 No ale jakoś zaimprowizowałem.

Na drugi dzień zaplanowałem opowiadanie o design thinking (taki był zresztą główny cel szkolenia – opowiadając o UX pokazać tę metodologię i sprzedać jej tak dużo, jak tylko można) oraz o alternatywach projektowych. Drugi dzień wyszedł chyba lepiej niż pierwszy – szczególnie case study projektowania roweru Trek Lime się podobał i wtedy zajarzyli konkret, czyli jak design thinking sprawdza się w praktyce. Mieliśmy też okazję wypróbować opisaną w Cracking Creativity metodę Lotus Blossom. Wyszło naprawdę dobrze.

Design thinking: A Lotos BlossomGrupa była przede wszystkim zaskoczona tym, że w ciągu niecałej godziny 7 osobom udało się wytworzyć ponad 60 cech/koncepcji/pomysłów. I chyba udało się ich przekonać do tego, że kreatywne są nie agencje którym tego typu rzeczy zlecają, tylko oni sami. Fajne uczucie widzieć, że im się podobało. Potem zabrałem in wytworzone przez nich „konteksty” (pierwsze 8 itemów, wokół których budowane były kolejne pozostałe cechy) i poprosiłem o dowolne pokategoryzowanie tego co zostało. Wyszło coś takiego:Design thinking: kategoryzacjaJak na to teraz patrzę, to trzeba było chyba ich poprosić, żeby podzielili to z punktu widzenia potrzeb, które dane zbiory zaspokajają – to byłoby chyba bardziej twórcze. Oczywiście zrobiliśmy głosowanie (każdy miał po kilka głosów) i – totalna niespodzianka – to co jest u mnie w firmie traktowane jako najważniejsze (bezpieczeństwo jakiegoś dokumentu) nie dostało ani jednego głosu. Grupa szybko to zauważyła i to był też kamyczek do ogródka pt. „metody UX’owe dają inne wyniki”. Później dwie grupy dostały dwa zadania – jedna projektowała ulotkę, a druga – landing page. Obie miały zrobić po 10 projektów i wyszło to IDEALNIE. Działali pod presją czasu, szkicowali aż miło, projekty wypadały tak szybko, że nie nadążałem z ich wieszaniem. Do ich oceny ściągnęliśmy koleżeństwo z innych działów, które narobiło dużo hałasu, ale zagłosowało jako zewnętrzni klienci.

Design thinking: alternatywy projektoweDesing thinking: alternatywy projektoweWybraliśmy z tego dwa najlepsze (najpopularniejsze), do którego mieli narysować po 5 wersji rozwojowych. I to już wyszło rewelacyjnie moim zdaniem. Popłynęli i na bazie jednego rysunku (bo robiło się późno, a i oni byli zmęczeni) stworzyli chyba 12 koncepcji! Każda inna, ale każda co do zamysłu spójna z wersją wyjściową. Są one IMHO na tyle dobre, że będę je jutro pokazywać naszym specom od komunikacji jako elementy do biznesowego wykorzystania 🙂 Ale hitem dnia był jednak ten rysunek:Design thinking: visual thinkingNie wymaga on komentarza, bo przecież każdy widzi, że na nim jest pani z wałkiem która chce zmusić swojego męża, żeby coś zrobił w kompie. A kto widzi tu coś innego, temu współczuję 😉

Podsumowując dwa dni, to wyszło moim zdaniem dobrze. Zobaczę jak zostanę oceniony, ale JA bawiłem się świetnie. Mam też poczucie, że udało się sprzedać trochę tematu (czyli mówiąc o UX pokazać design thinking jako metodologię) i że może kiedyś ktokolwiek zastosuje u siebie coś, o czym opowiadam i co praktykowaliśmy. Dla mnie to szkolenie było okazją do świeżego spojrzenia na to co wiem i czego nie wiem oraz do uporządkowania wiedzy (zaiste, jest tak że szykując ściągi człowiek się uczy).