Najfajniejszym momentem (no, jednym z najfajnieszych momentów) w zawodowym życiu ewangelisty jest chwila, kiedy idea którą głosi zaczyna żyć własnym życiem.

Ostatnio takich chwil radości mam coraz więcej 🙂 A konkretnie jest tak, że ludzie sami zaczynają pojawiać się z projektami do poprowadzenia. A właściwie to nawet nie do poprowadzenia, ale do przeprowadzenia dla nich części researchowo-designerskiej. Coraz wyraźniej rysuje mi się w tym kontekście wewnątrzorganizacyjna rola zespołu UX, jako teamu który pojawia się „na początku”, pracuje razem z innymi, a potem znika zostawiając za sobą spaloną ziemię projekt dopracowany pod kątem potrzebu użytkownika.

O ile jeszcze jakoś naturalne było pojawianie się u mnie projektów z obszaru marketingu, o tyle w zeszłym tygodniu zostałem zaproszony do udziału w projekcie wewnętrznym realizowanym przez działy obsługowo-techniczne. Dzisiaj prezentowaliśmy swoją koncepcję początku procesu projektowego i zyskała ona przyzwolenie zespołu. Co więcej, ustaliliśmy że w pierwszych 4 tygodniach (analiza potrzeb, projektowanie partycypacyjne z użytkownikami, prototypowanie koncepcji interfejsu) to my (jako UXy) będziemy pełnić rolę liderów projektu. Co ważne, to fakt że chyba udało się przekonać wszystkich uczestników do naszej metody, mimo że zdaję sobie sprawę pobrzmiewa ona herezją (4 tygodnie nie robić niczego konkretnego?). To nie jest jednak tak, że wyszedł nam blitzkrieg, bo widzę naprawdę dużo wątpliwości po drugiej stronie (chociaż lepiej napisać „niedowierzania”). Po prostu takiego procesu nie widzieli w akcji. Fajne jest jednak to, że widzę też jak cieszą się na ten projekt i takie podejście, bo już teraz widzą w nim dużą różnicę w stosunku do tego jak pracowali do tej pory.

Takie oglądanie nadziei innych uczestników projektu jest bardzo stymulujące. Jednocześnie energii dodaje fakt, że dzięki temu projektowi mam szansę dotrzeć z ewangelią UXową do miejsca, gdzie faktycznie na końcu wytwarzane są wszystkie systemy.