Dyson DC29: design i experienceDobrych 10 lat temu (albo i więcej) oglądałem na Discovery dokument o Jamesie Dysonie – wynalazcy zupełnie nowego typu odkurzacza. Pamiętam, że kiedy skończyłem oglądać postanowiłem sobie, że kiedyś kupię odkurzacz Dysona i to wcale  nie dlatego, że jestem maniakiem odkurzania, ale z szacunku do gościa, który naprawdę i do końca wierzył w to, co zrobił. Długo to trwało, ale w końcu kilka tygodnie temu plan został zrealizowany. Czekałem długo i wreszcie mam. Stary odkurzacz zepsuł się w odpowiednim momencie 🙂

Nie chcę robić z tego wpisu reklam odkurzacza, bo zupełnie nie o to mi chodzi. Dyson (jako urządzenie) jest dla mnie wzorcowym przykładem wykorzystania dobrego designu do dostarczenia końcowemu użytkownikowi pozytywnego doświadczenia.

Wszystkie mojej poprzednie odkurzacze (a także te mojej rodziny, znajomych itp) były klasycznymi konstrukcjami, w których śmieci zasysane są do środka. Krótko mówiąc, odkurzacz pożera rzeczy – kiedy go używamy, znikają sprzed oczu, jest więc czysto. Oczywiście wszyscy wiedzą, że w środku jest worek. Co więcej, większość wie, że ten worek się opróżnia (dawniej) lub wymienia (obecnie). Ba, niektóre odkurzacze mają nawet specjalne indykatory pokazujące, kiedy worek nadaje się do wymiany. Wszystko fajnie, tylko przeważnie tego worka się nie wymienia wtedy kiedy trzeba, tylko kiedyś indziej (znacznie później). Wiem, że istnieją Perfekcyjne Panie Domu i Perfekcyjni Panowie Domu ale ja się do nich nie zaliczam, więc worki żyły w odkurzaczu swoim życiem, co dawało się nieraz poczuć. Często było tak, że nawet chciało się wymienić worek, ale go nie było… i wszystko zostawało po starem.

Dyson nie wymaga worków. Dzięki technologii na pograniczu magii worka nie potrzeba, a śmieci gromadzą się w specjalnym pojemniku. Pojemnik jest przezroczysty i od razu widać ile tych śmieci się zebrało. Są na nim także zaznaczone linie pokazujące stan maksymalnego zapełnienia. Niby podobnie, ale jednak zupełnie inaczej, bo kiedy te śmieci się widzi i człowiek zobaczy że trochę się ich nazbierało to się je po prostu wyrzuca (do torebki).

Najbardziej niewiarygodne jest to, że robi się to (mówię na podstawie doświadczeń swoich oraz mojej rodziny) z pewnego rodzaju radością. To słowo nie jest najlepsze, ale żadne inne nie przychodzi mi do głowy. To jest taka radość-zadowolenie ze zrobienia czegoś, co zawsze powinniśmy robić, ale do tej pory nigdy nie robiliśmy. Jeśli ktoś wstawał o 5 rano żeby pobiegać albo pojeździć na rowerze, to wie o co chodzi 😉 Ale poza aspektem czysto użytecznościowym („w odkurzaczu nie ma śmieci”) jest coś więcej („jestem fajnym gościem, bo sprzątam”).

Najbardziej niewiarygodne dla mnie było uświadomienie sobie, co w aspekcie biznesowo-designerskiem zrobił Dyson : doprowadził do sytuacji, w której zapłaciłem więcej za urządzenie, które wymaga ode mnie więcej czynności obsługowych. Co więcej – wykonując te czynności doznaję pozytywnego experience’u więc dodatkowo wzmacniam własne przekonanie o trafności poprzedniego wyboru. Od kilku tygodni zastanawiam się, na ile jest to powszechne odczucie wśród użytkowników odkurzaczy Dysona oraz na ile świadomie Dyson i jego dział UX (jeżeli takowy posiada) nim zarządza.