Im bardziej czytam i myślę o user experience design, tym bardzie dochodzę do wniosku, że mam jeszcze w tym zakresie wiele do zrobienia. Chyba najtrudniejsza jest zmiana w mentalności – przez kilka ostatnich lat patrzyłem na świat w kategoriach użyteczności. Wszystko co widziałem, postrzegałem przez punkt widzenia gościa skupionego na użyteczności jako na finalnym celu. Usługi, produkty, otoczenie – to wszystko było albo użyteczne (brawo!), albo nie (zonk). Nie było czegoś takiego jak fun czy przyjemność z korzystania. Znaczy, była przyjemność ale całkowicie utożsamiana z użytecznością – coś mogło sprawiać radość tylko wtedy, kiedy było użyteczne.

Od jakiegoś czasu widzę to inaczej. Użyteczność jest jedynie jedną z cech, które muszę w ramach produktu dostarczyć. MUSZĘ, czyli nie jest to jakiś super ficzer, a zwykła rzecz, która ma być immanentna produktowi czy usłudze. To zasadniczy przełom. Teraz nie bawi mnie już budowanie prostych ścian (podejście użytecznościowe), teraz chcę żeby te ściany po zbudowaniu sprawiały przyjemność. A że mają być proste? Cóż, takie muszą być, żeby były ścianami 🙂 Inaczej będą złymi ścianami i żadnej fajności sprawiać nie będą.

Niesamowicie ucieszył mnie (i otworzył oczy) następujący fragment z Experience Design Marca Hassenzahla (on ciągle wraca i wracać będzie, bo tą książką bardzo porządkuje moje UX’owe widzenie świata):

„We continue to see (…) the prospect of a decade of research analytics of usability possibly failing to provide the leverage it could on designing systems people will really want to use by ignoring what could be a very potent determinant of subjective judgments of usability – fun”.

When I first read this sentence in 1998 it irritaded me immensely. Trainded in psychology and computer science, I stumbled across usability within the scope of applied cognitive psychology. And admittedly, „fun” was not a crucial part of either theorizing or practice. Quite the contrary, we took pride in making things easy and efficient. We simply assumed that ease and efficiency is fun. Isn’t it so?

Czytając te słowa zrozumiałem, że idę właściwą drogą, nawet jeśli nie prowadzi na wprost do celu 🙂 Może więc tylko przez użyteczność da się z sukcesem budować UX, czyli uskuteczniać user experience design? Bo wielokrotnie w swoim profesjonalnym życiu uwalałem projekty czy podejścia, które miały dostarczać fun. Ich problem polegał na tym, że dostarczały jedynie fun (głównie dla swoich autorów), zamiast generującego fun – experience’u dla użytkowników. Robiły to, bo zaspokajały przede wszystkim potrzeby swoich twórców, a nie użytkowników dla których były tworzone. Nie był to więc (user) experience design.

Komentarze

comments