Dizajn i sztuka - Bruno Munari

Dzisiaj będzie nietypowo, bo o niczym konkretnym. Wiem oczywiście, że pisząc to sugeruję, że pozostałe wpisy (czy może chociaż część z nich) są konkretne, co jest jawną nieprawdą, bo jak może pisać konkretnie człowiek, który na niczym konkretnym się nie zna? Niemniej jednak jest tak, że nawet jeśli inne rzeczy są niekonkretne, to dzisiejsze książki są już o niczym – bo czymże są felietony, jeśli nie niczym konkretnym?

Dizajn i sztuka

Wydany przez d2d Dizajn i sztuka Bruno Munariego odstraszał mnie tytułem i okładką. Tytułem, bo łączył rzeczy, których łączyć nie lubię i które uważam za przeciwieństwa, jednocześnie wciąż dostrzegając jakąś chęć projektantów by zostać artystami. Wydizajnowana do granic okładka, z nieczytelnymi i fragmentarycznymi literami dodatkowo wzmacniała moje stereotypowe postrzeganie relacji dizajn-sztuka. Byłem przekonany, że zaraz napotkam na różne artystowskie koncepcje i rozwiązania. Jakież było jednak moje zdziwienie, gdy zacząłem lekturę i jeszcze spodobały mi się felietony autora… Bruno Munari – włoski projektant – miał lekka rękę i napisał tych felietonów sporo. W większości są to naprawdę krótkie formy, rzadko zajmujące więcej niż 3-4 strony. Ich niesamowitej wręcz lekkości nie determinuje jedynie ich długość, ale także forma (piękny, prosty język – krótkie zdanie, bezpośrednie zwracanie się do czytelnika) oraz tematyka (rozważania o dizajnie w życiu codziennym). To trochę taki Wicha (Jak przestałem kochać dizajn), tylko jednocześnie i lżejszy i bardziej zasadniczy.

Czytając Munariego odczuwam błogą radość – radość dzielenia wspólnej refleksji na jakiś temat. Radość tym większą, że refleksja tą jest obdarzony projektant spełniony. Nie jest więc tak, że moje poglądy na pewne sprawy są całkowicie od czapy. O czym pisze Munari? Najkrócej rzecz ujmując o tym, że – parafrazując Andrzeja Sobasia – dizajn to myślenie. To są dwie główne osie narracyjne większości tekstów: z jednej strony podkreślanie racjonalnego podejścia do problemów projektowych, z drugiej – przeciwstawianie się postrzeganiu dizajnu jedynie w kategoriach estetycznych czy stylistycznych.

Skoro więc dizajn nie jest ani stylem, ani sztuką stosowaną, to czym jest? Jest mianowicie projektowaniem – tak obiektywnym jak to tylko możliwe – tego wszystkiego, co kształtuje otoczenie, w którym żyje dziś człowiek. […] Mówimy tu o projektowaniu wolny od stylowych przesądów i od pragnienia bycia sztuką, o projektowaniu stanowiącym próbę nadawania każdej rzeczy jej własnej logicznej struktury, jej logicznej materii, a przez to i logicznej formy.

Piękne, prawda? A potem dalej:

Piękno łączone ze sztukami pięknymi, wyczucie równowagi konfrontowane z arcydziełami z przeszłości, harmonia i tym podobne w dizajnie nie mają sensu. […] „Piękno” jest rezultatem „odpowiedniości”. Precyzyjne projektowanie skutkuje pięknym przedmiotem.

Czytam takie rzeczy i aż w moim zimnym, modernistyczno-luterańskim smutnym sercu robi się ciepło. Można? Można! W dalszych tekstach Munari wykpiwa stylizację, pogoń za luksusem, konsumpcjonizm, nachalność komunikatów reklamowych oraz wszechobecną głupotę i brak profesjonalizmu. Jak już wspomniałem, czyta się to bardzo lekko, przeważnie z uśmieszkiem na twarzy, bo obserwacje są bardzo celne, a pióro – wyjątkowo ostre. Na tle zachodniego przesytu (rzeczami i technologiami), Munari zachwyca się prostotą i naturalnością rozwiązań japońskich: drewnianych sztućców, sposobów organizacji przestrzeni, założeń projektowych domów, wykorzystywaniem naturalnych surowców i zjawisk fizycznych. Biorąc pod uwagę, że jest to antologia tekstów, teksty dotyczącej Japonii powstawały jakieś 50 lat temu, ale nie sądzę, żeby zmieniły się bardzo. Japońska skromność, umiar i prostota stanowią dla Munariego wyraźny punkt odniesienia i trochę pokazanie, że można.

Pochwała cienia

Zbliżony do Munariego charakter, ale tylko trochę, ma książeczka Junichiro Tanizakiego Pochwała cienia. Niby nie jest to książka o projektowaniu, ale jakoś z Munarim mi się skojarzyła. Być może dlatego, że zachęcony fascynacją tego ostatniego japońską kulturą i jej naturalnością była ona dla mnie naturalnym uzupełnieniem tamtej lektury? Mimo, że obiecywałem sobie że jej nie kupię i nie będę czytał, bo kultura Japonii jest mi tak obca, że trudno mi będzie to zrozumieć, w końcu się zdecydowałem. Dostałem dzięki temu niesamowity przykład pochwały naturalności, w wymiarze chyba niepojmowalnym i nieakceptowalny dla Europejczyka.

Pisana z pozycji starszej już osoby, przedstawia tradycyjnie japońskie spojrzenie naturalności.

Nie ma chyba drugiego takiego miejsca, które dostarcza tyle przyjemności co japońska ubikacja. Otoczeni tchnącymi spokojem deskami ścian i drewnem o ładnie postarzałej fakturze, możemy podziwiać barwę nieba i zielone liście drzew. […] Lubię stamtąd słuchać odgłosu miękko padających kropel deszczu […] wsłuchiwać się w dźwięk kropel, które spadając z okapu albo liści, obmywają podstawę kamiennych latarni, zwilżają mech porastający kamienny chodnik w ogrodzie i wsiąkają na koniec w ziemię. Doprawdy wychodek to wymarzone miejsce do słuchania brzęczenia owadów i śpiewu ptaków; świetnie też nadaje się do podziwiania poświaty księżyca […]

Umieszczam ten cytat nie w celach prześmiewczych, ale z zazdrości: zarówno wobec miejsca (które w europejskim kręgu kulturowym wartościowane jest zupełnie inaczej) jak i wobec kultury, która potrafi swoje dzieci doprowadzić do tego typu refleksji.

Kilka zdań wyżej pisałem, że Pochwała cienia jest o naturalności. Doprecyzowałbym to teraz – chodzi o naturalność miękką ustępliwością żywych materiałów. To są historie o twardej i zimnej glazurze, to są historie gdzie bohaterami są papier, drewno, laka, patyna… rzeczy, które oczekują na to, że się zestarzeją. Czytając Tanizakiego odkrywa się nagle, że siłą tej kultury może być właśnie oczekiwanie na zestarzenie się, na pokrycie patyną, na ściemnienie drewna. To w swojej naturalności tak piękne, że aż trudno uwierzyć, że nie projektujemy w ten sposób, że nie doceniamy tych historii, które niosą w sobie stare przedmioty.

Tanizaki pisze w ten sposób o japońskich domach, o zupach i posiłkach, o kobietach, o miastach, światłach, ciemności. Pisze o świecie, którego nawet gdybyśmy bardzo chcieli, nie będziemy w stanie doświadczyć w taki sposób, bo nie jesteśmy stamtąd i nie POCZUJEMY kodów kulturowych przekazywanych z pokolenia na pokolenia na najniższym możliwym poziomie.

Bardzo wyjątkowa to książka, tchnąca takim pogodzeniem się z życiem, z pewnymi jego niedoskonałościami. Książka, będąca afirmacją miękkości, cienia i przejścia.

***

Dwie opowieści, które są dla mnie o tym samym – jak wiele można mądrości jest w „niekonkretnych” historiach. Oraz o subtelności, do której się dorasta (co piszę mając na uszach ostatniego Watersa – dzieło 74-latka, zbudowane właśnie na muzycznym niedopowiedzeniu i delikatności).

Komentarze

comments