W kontekście wczorajszego wpisu (ale nie tylko) zastanawiałem się ostatnio nad tym, gdzie zaczyna się myślenie kategoriami UX i co trzeba zrobić, żeby zacząć tak myśleć.

Dochodzę coraz wyraźniej do wniosku, że tego typu myślenie wymaga przewartościowania swojego sposobu postrzegania świata, odejścia od stawiania siebie w jego centrum, traktowania siebie jako kogoś specjalnego czy lepszego. To wbrew pozorom nie są „detale”. To jest absolutna podstawa, na której można budować dalej. Wobec swoich wyborów trzeba zawsze mieć wątpliwości, zawsze trzeba rozważać sytuację w której to ja nie mam racji, w której moje działania mogą skrzywdzić lub zaszkodzić komuś innemu (czytaj: użytkownikowi). Bo mój ogląd świata jest tylko jednym z wielu możliwych. Nie oznacza to absolutnie, żeby oddawać pola ludziom, którzy mówią głupoty (a jest ich wielu), w szczególności ekspertom – chodzi tylko o to, żeby w stosunku do użytkowników stawiać się w relacji podległości. W kategoriach UX to użytkownik końcowy jest suwerenem, a realizacja jego potrzeb – mandatem do służby. Bo UX to jest służba i misja, być może też dlatego nie jest to droga dla każdego.

Osiągnięcie pewnego poziomu wrażliwości w kategoriach UXowych to dopiero początek. Tak naprawdę, to zdobywanie kolejnych poziomów (umownie ofc, bo tutaj nie ma poziomów) to terminowanie, próbowanie, porażki, kolejne próby i  kolejne porażki. Aż w końcu przychodzi taki moment, że się udaje. Każdy kto kiedyś uprawiał jakiś sport czy dopracowywał u siebie jakąś umiejętności wie, że się nie udaje do czasu. Po 100 porażkach przychodzi sukces, potem kolejny i potem się już coś umie. Chyba nie znajduję lepszego przykładu niż postać Pottera. Umiejętność przywołania patronusa jest przykładem sytuacji, w której coś trudnego staje się proste. Staje się proste dlatego że się (a) ćwiczy, (b) dostaje wsparcie od kogoś z wyższą pozycją. A kiedy Potter umie już to zaklęcie wywołać, przekazuje je dalej, staje się nauczycielem dla swoich młodszych czy mniej doświadczonych kolegów. W żadnym razie nie jest mistrzem, ale robi to czego nauczył się od swoich mistrzów – przekazuje dalej wiedzę/energię czy nadzieję.

Dorastanie do czegoś, to przeważnie proces inicjacji. A w procesie inicjacji (szczegółowo opisywanym przez Mirceę Eliadego), w KAŻDYM procesie inicjacji musi nastąpić moment przełomowy w postaci inicjacyjnej śmierci. Rzecz jasna, śmierć ta nie musi być realna, wystarczy symboliczna. Wydaje mi się, że w przypadku eksperta odpowiednikiem śmierci inicjacyjnej jest jest zaprzeczenie własnej wiedzy, zakwestionowanie własnego doświadczenia i przyjęcie perspektywy użytkownika jako perspektywy głównej. Nie znaczy to oczywiście, że mamy zapomnieć tego co stanowi o istocie naszej pracy. Rzecz w tym, żeby pracując w podejściu UX przez cały czas być otwartym na głosy innych, ich punkty widzenia i ich potrzeby. Prędzej czy później przyjdzie moment, kiedy zrozumie się jak to robić i przyjdzie chwila kiedy coś wiedząc, powstrzymamy się od osądu i się zadziwimy. Na tę chwilę trzeba być stale gotowym, co więcej, moim zdaniem to nie jest umiejętność dana raz na zawsze. To wymaga ciągłego usprawniania i uwrażliwiania się. Za każdym razem trzeba postrzegać to w kategoriach ostatecznej „egzekucji” na Potterze w Zakazanym Lesie – umiejętności akceptacji własnego końca jako eksperta. Bo zaprzeczanie własnej wiedzy jest bolesne i trudne niezależnie czy robi się to po raz pierwszy czy po raz pięćdziesiąty pierwszy.

***

Już na końcu zapytam: a gdzie są obiecane ćwiczenia z visual thinking??? Będę się smażył w piekle za to, że tego nie robię. Jakiż piękny byłby to komiks, gdybym powyższe narysował (a przynajmniej się postarał).

Komentarze

comments