Kompleks gmachu: Kancelaria III Reszy

W poprzedniej notce pisałem o potrzebie – widzianej z mojej perspektywy – włączania się projektantów procesy zmiany rzeczywistości na szczeblu najwyższym. Brzmi słabo, wiem, ale trudno mi to jakość inaczej nazwać. A gdyby chcieć nazywać to wprost, to byłby to apel o udział projektantów we władzy. Grubo, co? No, niestety grubo… A gdyby ktoś chciał być złośliwy nazwałby to flirtem z władzą. Rzecz jest istotna, bo wcale nie dotyczy tylko architektów… I właśnie o tym jest świetna książka Deyana Sudjica Kompleks gmachu. Architektura władzy.

Sudjic pojawiał się tutaj kilkakrotnie, bo pisałem kiedyś o B jak Bauhaus oraz o Języku rzeczy. O ile poprzednie książki były o przedmiotach (czasami większych, czasami mniejszych), to Kompleks gmachu jest architekturze, a właściwie o tej architektury czytaniu. Ale zaraz, to nie do końca tak, że  my sami tę architekturę czytamy. To raczej sytuacja, w której mamy kogoś, kto prowadzi dla nas narrację, kto opowiada, pokazuje, wyjaśnia, dzięki komu możemy różne rzeczy zrozumieć i spojrzeć na to z szerszej perspektywy… I to właśnie możemy znaleźć w tej książce dzięki Sudjia. Bo to on dla nas tę architekturę czyta, komentuje i tak naprawdę – prowadzi za rękę.

Deyan Sudjic - Kompleks gmachu

Dla mnie Kompleks gmachu kojarzy się trochę z dramatem i jego interpretacją na scenie. Jest sobie oryginalny tekst, mogę go wziąć i przeczytać. Będę dzięki temu mieć jakieś tam swoje przemyślenia (pewnie niezbyt głębokie), coś mi tam może z tego zostanie w głowie. Ale dramat jest pisany po to, żeby być wystawiany na scenie, żeby reżyser go zinterpretował, a aktorzy odegrali. I jak sami dobrze wiecie, wpływ takiego przestawiania znacznie przekracza to, co sami możemy z tekstu wyczytać. A jeśli jeszcze mamy okazję do takiego dramatu przeczytać komentarz krytyka literatury, to na pewne sprawy zaczynamy patrzeć zupełnie inaczej. I właśnie tę technikę wykorzystuje Sudjic – daje nam możliwość spojrzenia na architekturę oczami krytyka, co sprawia że możemy zobaczyć znacznie więcej, niż gdybyśmy patrzyli sami. Więc – po raz pierwszy – książkę tę warto przeczytać.

Książkę tę warto przeczytać z kilku powodów.

Pierwszym jest ten, że RACZEJ nie będziecie mieli szansy zobaczyć (a przede wszystkim doświadczyć) wszystkich budynków, o których pisze Sudjic z  kilku powodów (by wymienić tylko najważniejsze): geograficznych (chyba że chcecie przez resztę życia wydawać kasę na podróże do różnych dziwnych miejsc), społecznych (nawet jeśli dotrzecie, to na wizytę w niektórych miejscach raczej nie będziecie mieć szans –  niczego wam nie ujmując) i historycznych (części z nich zwyczajnie już nie ma). Jedyne co pozostaje, to zdjęcia i filmy, ale bez komentarza dużo z tego nie złapiemy.

Drugim powodem jest to, że – po raz kolejny niczego nam nie ujmując – większości „kodu” ukrytego w tych budowlach nie będziemy w stanie zrozumieć, bo zwyczajnie jest zbyt hermetyczny. Przy odrobinie szczęści rozpoznamy gdzieś marmur lub piaskowiec, ale kluczowe jest tutaj JAKI to marmur i DLACZEGO takie. Nie wspominam już o nawiązaniach historycznych czy kulturowych. Coś tam z tego złapiemy, ale niewiele. Bardzo zawsze jestem dumny z siebie, gdy jako nieznający łaciny prostak jestem w jakimś zabytkowym kościele i uda mi się zrozumieć jakąś inskrypcję. Wow jaki jestem ogarnięty! Czy jednakowoż dzięki temu rozumiem całość? No skąd… Ta książka pokazuje, że brak znajomości klucza do kodu nie jest przeszkodą. Zawsze w końcu można trafić na klucznika.

Trzeci powód jest taki, że ta książka jest tylko trochę o architekturze, ale tak naprawdę jest o relacji między architektem a inwestorem, poddanym a władcą, projektantem a zlecającym. Niech nie zmyli nas to, że bohaterami niektórych opowieści są Hitler, Stalin, Mussolini czy Husajn, i że ze spokojem będziemy mogli powiedzieć sobie „spokojnie, to nie o mnie”. Większość historii opowiadanych przez Sudjica dzieje się krajach demokratycznych i dotyczy ludzi, których obok tamtej czwórki się nie zestawia, bo sensownie nie da się ich porównać do Mitteranda, Blaira czy amerykańskich prezydentów (tak, tak, wiem, że jak się bardzo chce, to się da, ale nie o to tutaj chodzi). Bardziej chodzi mi to, że czytając o tym, jak i po co projektowano i budowano niektóre rzeczy, uświadamiamy sobie jak bardzo opisywane sytuacje są nam bliskie i że w gruncie rzeczy wiemy jak to jest (czasami po jednej, a czasami po drugiej stronie). Nie chcę przez to powiedzieć, że jestem jak Foster. Chcę powiedzieć, że typy problemów z którymi się stykamy są podobne i warto – moim zdaniem – uczyć się na cudzych doświadczeniach.

Kompleks gmachu: siedziba Fiata

Czwarty powód? Forma. Powiedzmy to sobie jasno – Sudjica czyta się świetnie. Forma rozbudowanych felietonów jest tutaj idealna -narzekałem kiedyś na zbyt krótkie teksty w jego poprzednich książkach i tutaj wreszcie dostałem to co chciałem.  Pióro Sudjica jest wyjątkowo ostre. Osobiście uwielbiam inteligentne, rozbudowane i złośliwe porównania. Zapadają w pamięć, skłaniają do przemyśleń oraz budują osobistą relację pomiędzy czytelnikiem a autorem. Podkreślają również zaangażowanie tego ostatniego w temat. Na co drugiej stronie znajdziemy przemyślenia typu:

Wyłącznie Amerykanie posiedli sekret stawiania wysokościowców. Wiedzieli jako zbudować wieżowce, które wyglądają lepiej niż gigantyczne lodówki. W porównaniu z amerykańskimi, europejskie przymiarki do drapaczy chmur są przeważnie tak nieprzekonujące jak NRD-owskie próby kopiowania amerykańskich dóbr konsumpcyjnych.

Albo w innym miejscu:

Pomysł zlecenia jednej firmie architektonicznej opracowania minimum sześciu różnych projektów przebudowy terenu po WTC, potem zredukowanie ich do trzech wybranych wariantów i wreszcie scalenie ich najbardziej akceptowalny elementów w jeden plan ogólny to metoda działania jakby wprost zapożyczona do pracowników Białego Domu, przedstawiających wiecznie zabieganemu prezydentowi plan przeprowadzania zmiany systemu politycznego w Bagdadzie. Owa metoda jest już wystarczająco niedobra w odniesieniu do polityki globalnej, natomiast zastosowana jako instrument urbanistyki w jednym z najbardziej obciążonych emocjonalnie miejsc na świecie okazała się po prostu katastrofą.

I pozwolę sobie na jeszcze jeden (kiedyś nazywało się to MSPANC):

Nigdy dotąd tak wielu rozpoznawalnych budynków nie projektowała tak nieliczna garstka osób. Czasami wydaje się, że na świecie pracuje 30 architektów, latający cyrk z wiecznym jet lagiem. Wśród nich 20 traktuje się nawzajem na tyle poważnie, że rozpoznają członków magicznego kręgu przy przypadkowych spotkaniach w poczekalni pierwszej klasy na Heathrow. Kolejnym 10 już zabrakło pary, zostali rozszyfrowani przez swoich kolegów, ale wciąż umieją zwabić klienta, wykorzystując swoją minioną świetność. Razem tworzą grupę nazwisk, które wciąż powracają, kiedy kolejne naiwne miasto szarpie się wiedzione złudzeniem, że galeria sztuki wyglądająca jak wrak pociągu albo jak latający spodek bądź hotel w kształcie 20-piętrowego meteorytu przebije Guggenheima w Bilbao. […] To ci, którzy mają licencję na dziwactwo. Zatrudnij jednego z nich, a możesz mieć pewność, że nikt nie będzie się z ciebie śmiał. To jak kupowanie garnituru z odpowiednią metką, gdy nie ma się pojęcia o modzie.

Dzięki takiej stylistyce, lektura to autentyczna przyjemność, nie tylko jeśli chodzi o treść, ale też formę. Jednak mimo pozornej lekkości, ta książka jest bardzo poważna i dotyka istotnego problemu – relacji projektant/zlecający. Budynki są tutaj tylko przyczynkiem do rozważań. Historyczne spojrzenie na architekturę i urbanistykę jest obecnie darmowym i powszechnie dostępnym poligonem doświadczeń dla projektantów, w tym także (a nawet przede wszystkim) dla projektantów doświadczeń. Nasza dziedzina (niech mi będzie wolno tak to ująć) jest dzieckiem czasów CTRL-C/CTRL-V, a przede wszystkim: CTRL-Z. Pracujemy na bardzo niematerialnych rzeczach, bo usługi czy kod można – toutes proportions gardées – stosunkowo łatwo zmienić. Wykorzystujemy prototypy, testujemy, optymalizujemy… bo mamy takie możliwości. Właściwie przyzwyczailiśmy się już do myśli, że na początku zawsze coś jest nie tak i że zawsze będzie kolejna iteracja, która poprawi błędy pierwszej. No i pamiętajmy, ile do tego (metodologicznie) dochodziliśmy. A z racji wykorzystywanego tworzywa, architekci mają inaczej, bo ich błędów nie poprawia się już tak łatwo (nie wiem – zgaduję). Spoglądając na efekty pracy tychże architektów (i urbanistów) możemy więc spojrzeć trochę na alternatywną rzeczywistość projektowania jako takiego. To jest między innymi powodem, dlaczego tak bardzo inspirują mnie książki o architekturze (a zupełnie inna sprawa to ta, że o architekturze napisano jednak więcej niż o projektowaniu doświadczeń). Nie o metodologię tutaj jednak chodzi, a raczej o wspólną dla osób zajmujących się projektowaniem chęć uzyskania wpływu na rzeczywistość. Bo nie oszukujmy się, nie jest przecież tak, że ci wszyscy architekci nie wiedzieli kim jest Husajn, czy jak funkcjonuje reżim w Pekinie. Wiedzieli, oczywiście że wiedzieli. Ale jednocześnie wiedzieli, że dostają szansę na realizację swoich marzeń i połechtanie własnej próżności, a to wszystko przykryte deklaratywnym „większym dobrem” (Sztuką, Architekturą, jakością życia mieszkańców, pięknem, etc.).

Na ostatnim wreszcie, najgłębszym planie, Kompleks gmachu jest zbiorem niesamowitych historii o projektowaniu doświadczeń i to jest faktyczna przyczyna większości tych opowieści. Projekt, wykorzystane materiały, otoczenie, w przypadku architektury władzy (architecture of power) służą wywołaniu pożądanego efektu, czyli po naszemu – doświadczenia. Mogą to być doświadczenia negatywne (strach, uległość, poddanie), ale i pozytywne (duma, przynależność, współuczestnictwo, bezpieczeństwo). Projektując usługi czy systemy staramy się jakieś doświadczenie stworzyć, coś uczestnikowi przekazać. Sudjic pokazuje jak takie doświadczenia można projektować wykorzystując do tego architekturę. Pokazuje to co się udało, ale też to, co zadziałało zupełnie inaczej niż było planowane.

Wbrew temu co mogłoby się wydawać, nie jest to też książka o polityce, mimo że politycy pojawiają się w niej regularnie. Bohaterami opowieści Sudjica są WŁADCY. A do tego nie trzeba być politykiem. Stąd fascynujące opowieści o projektowaniu świątyń, biurowców, muzeów czy dzielnic miast. Książka zaczyna się polityką, ale ta polityka później się w niej jakoś rozpuszcza i jest to opowieść o formach władzy.

Spośród wydanych w Polsce książek Sudjica, ta jest moim zdaniem zdecydowanie najlepsza. O ile w poprzednich trochę narzekałem, że rozdziałów za dużo, że jak już się zaczyna robić fajnie, to potem nagle następuje koniec, że tekst które są, są nieco (a czasami nawet bardzo) za krótkie, to tutaj jest perfekcyjnie. Czternaście rozdziałów kończy się niestety zdecydowanie za szybko. Szkoda, bo chętnie poczytałbym o tym jeszcze następne 400 stron.

Architektura – jak żadna inna forma kultury – gloryfikuje i wyolbrzymia osobę dyktatora i wtłacza jednostkę w masę. Może być postrzegana jako pierwsza i wciąż jedna z najpotężniejszych form masowej komunikacji. Dlatego rozkwitła w tylu autokratycznych reżimach i tak przemawia do silnych jednostek, które chcąc pozostawić po sobie ślad. […] Zażyłość między totalitaryzmem a architekturą nadaje monumentalnej architekturze to złowrogie zabarwienie, o którym George Orwell pisał pod koniec życia (…). Podsunął on nawet myśl, że podczas gdy poezja ma szansę przetrwać w czasach totalitarnych (…) „niektórym dziedzinom sztuki, czy z pogranicza z pogranicza sztuki (jak architektura), tyrania może nawet sprzyjać” (…)

***

Idealnym uzupełnieniem dla tej książki był dla mnie świetny zbiór reportaży Małgorzaty Rejmer – Bukareszt. Kurz i krew. U Sudjica reżim Ceausescu pojawia się kilka razy, ale jest tylko wzmiankowany. Książka Rejmer to zbiór rewelacyjnie napisanych reportaży, czasami poruszających, w większości – przerażających, z rzadka – zabawnych o Rumunii i Bukareszcie. Tym dawnym i tym obecnym. Sporo miejsca zajmują tam reportaże wprost odnoszące się do realizowanej przez Ceausescu przebudowy Bukaresztu. Rejmer pokazuje jak taka architektura żyje po śmierci systemu, w którym została stworzona. Pokazuje to jednak nie z perspektywy krytyka sztuki, a zwyczajnych ludzi, którzy z tą architekturą się zmagają. Zdecydowanie warto przeczytać w kontekście architektury, ale też żeby zobaczyć jak łagodnie (sic!) obeszła się z nami historia podczas 40 lat komuny.

 

Comments

comments