Koszmar partycypacji - Markus Miessen

Gdyby ktoś poprosił konsultanta McKinseya i projektanta o zaprojektowanie na nowo szklanki, spotkałby się z dwiema przeciwstawnymi odpowiedziami. Doradca McKinseya spojrzałby na szklankę i pomyślałby o sposobie przeprojektowania jej w sposób fizyczny, czyli estetyczny. Projektant popatrzyłby na szkło i pomyślałby o nim jako o naczyniu do nawadniania organizmu. (…) działający w stylu McKinseya menedżerowie i konsultanci mają w zwyczaju zakreślać ramy już na początku procesu, ponieważ odnoszą się wyłącznie do tego, co już istnieje. (…) W przeciwieństwie do nich projektanci nie ograniczają się do początkowo zakreślonych ram, ale wychodzą poza nie.

Kiedy trafiłem na książkę Koszmar partycypacji, nie mogłem uwierzyć w to co widziałem na ekranie. Koszmar? W kontekście partycypacji? Wyparłem więc temat i uznałem, że nie będę zawracał sobie głowy tym tytułem. Jednak później uznałem, że w ramach swego rodzaju intelektualnej uczciwości powinienem jednak po tę książkę sięgnąć i zmierzyć się z krytyką tego, co uważam za słuszne i istotne. Jeszcze czytając wstęp miałem wrażenie obcowania z czymś w rodzaju wiedzy zakazanej, incestu nieledwie. Bo jak inaczej odebrać sugestię, że tę książkę trzeba przeczytać a potem wyrzucić?

Kiedy jednak zacząłem ją czytać, okazało się, że mój punkt widzenia jest zaskakująco zbieżny z punktem widzenia autora. Markus Miessen pisze o koszmarze nie w kontekście mentalnego problemu jaki ma z partycypacją jako taką, ale raczej z tym, czym błędnie rozumiana partycypacja staje się obecnie. Zdaniem Miessena, partycypacja jest wykorzystywana do przerzucania odpowiedzialności z rządzących/projektantów na obywateli/użytkowników. Poprzez nadmierną (i niewłaściwie rozumianą) partycypację usiłuje się tych ostatnich omamić i przenieść na nich odpowiedzialność za szczególnie trudne decyzje. Zawsze można wtedy powiedzieć, że tak chcieli użytkownicy… Nie jest to więc partycypacja w której obie strony mają równe prawa głosu, ale proces w którym pod pozorem partycypacji ukrywa się brak własnej wizji lub brak odwagi o realizacji tejże.

Książka Miessena jest książką polityczną, bo i projektowanie jest (staje się) polityczne. Momentami czyta się ją również trudno, jednak zdecydowanie warto się nad nią pochylić i zmusić do chwili refleksji. Bo to nie jest tak, że Miessen potępia partycypację. To raczej związek, w którym krytykuje się coś, co się szanuje, właśnie dlatego, że dostrzega się niebezpieczeństwa z danym tematem związane.

Ponieważ książka ta jest wyjątkowo gęsta od słów, uznałem że referowanie ich za bezsensowne. Postanowiłem więc uraczyć Was kilkoma cytatami, które sprawią (być może), że zdecydujecie się sięgnąć po tę książkę. Dla projektantów powinna być to lektura obowiązkowa, stawia bowiem bardzo ciekawe tezy i zmusza do zastanowienia się jak i dla kogo projektujemy. Polecam!

Taktyka, która należy zastosować w celu jakiejkolwiek zmiany, nie polega na „znajomości” właściwego podejścia, ale na umiejętności przekonania innych, że przedstawione im podejście jest na tyle ważne, aby się nad nim zastanowić.

Wracając do świata korporacji: jedyną możliwością rzeczywistego zaangażowania interesariuszy jest włączenie ich w działalność projektową – to oni zajmą się wdrażaniem pomysłu. Jest to, rzecz jasna, zasadniczy problem tego, co można określić mianem „projektu partycypacyjnego”: aby zostać włączonym do procesu projektowego, należy przygotować się na przyjęcie odpowiedzialności.

Zaprojektowanie zmiany wymaga czasu. Kluczowe jest zaś projektowanie poprzez rozgrywanie istniejących konfliktów i wywoływanie z zewnątrz takich, które byłyby produktywnymi katalizatorami. We wczesnych fazach procesu projektowego należy unikać porozumień opartych na konsensusie. Tak naprawdę, im więcej przestrzeni dla rozegrania przyszłych konfliktów pozostawia dany projekt, tym większy będzie jego sukces w dłuższej perspektywie czasowej.

Partycypacja jest często określana i przedstawiana jako fałszywe nostalgiczne pragnienie. Metody partycypacji mogą mieć również charakter populistyczny i jako takie bywają wykorzystywane. Na przykład referenda mogą nie tylko wzmacniać demokrację, ale także przyczyniać się do jej erozji. W czasach obecnego kryzysu ideologii referenda stały się popularne wśród partii rządzących, które obawiają się podejmowania niepopularnych decyzji. „Mentalna odpowiedzialność” przyjmuje w dzisiejszej polityce formę przerzucania procesu decyzyjnego na zewnątrz. Za pomocą referendum politycy i wybrani przez społeczeństwo przedstawiciele mający podejmować decyzje w imieniu ludzi, którzy dali im władzę, odsuwają moment przyjmowania odpowiedzialności za własne działania.

Mechanizmy zmiany mogą mieć charakter fizyczny, prawny lub społeczny. Stanowią one rezultat starannie przeprowadzonego procesu redakcyjnego, w trakcie którego zespół redakcyjny działa jednocześnie jako prowokator i środek drażniący, ulepszając zmienne przez strategiczne łączenie i psucie istniejącej wiedzy, aby w ramach kolaboracji wyszukiwać i wytwarzać nowe metody intelektualnej, strukturalnej i fizycznej produkcji. Redaktorzy takiego procesu nie mogą unikać podejmowania ryzyk, muszą zachować na tyle duży dystans, aby nie przywiązywać się do istniejących struktur i protokołów, które mogą zneutralizować ich krytycyzm To do outsidera należy zadanie zasiania w systemie ziaren, których wzrostu będą następnie doglądać ludzie w owym systemie funkcjonujący. To ważne, ponieważ projekt musi być wynikiem procesu będącego dziełem i efektem starań uczestników – w innym wypadku nie zostanie on zaakceptowany.

Nie ma jednej ogólnej prawdy, są tylko konkretne sytuacje. I odpowiedzi na nie. (…) W kontekście procesu komunikowania kluczowe jest wyrwanie się z własnego środowiska (które często składa się z ludzi powiązanych doświadczeniem wyniesionym z tej samej dyscypliny) po to, aby zyskać nowych odbiorców, którzy w innym wypadku by się nie pojawili. Z punktu widzenia nieproszonego outsidera to wynagnie może być rozumiane również metaforycznie – na przykład jako zepchnięcie na inne obszary ekspertyzy. Jak mowie przysłowie, nie można być prorokiem we własnym kraju. Dotyczy to również środowiska zawodowego. Tego rodzaju wygnanie może być rozumiane jako praktyka nomadyczna, niekoniecznie powodowana przesunięciami terytorialnymi , ale taka, która obiera do końca nieokreślony kurs i zawsze wywołuje „poczucie bycia na zewnątrz względem gadatliwego, znajomego świata zamieszkanego przez tubylców. (…) Wygnanie – podobnie jak niezadowolenie – może stać się nie tylko style myślenia, ale także nową, nawet jeśli tymczasową ojczyzną.

(…) domaga się pewnego rodzaju amatorstwa rozumianego jako „działalność, którą napędzają troska i oddanie a nie zysk i samolubna, wąska specjalizacja”. Dzisiejszy intelektualista powinien być zatem amatorem, „kimś, kto uważa, że aby być myślącym i zatroskanym członkiem społeczeństwa, należy podejmować zagadnienia moralne nawet w obrębie najbardziej technicznej i sprofesjonalizowanej działalności”. Zamiast po prostu robić wyłącznie to, co powinno się robić, trzeba dociekać przyczyn i protokołów. (…) Chodzi tu (…) o rozumienie roli outsidera jako narzędzia do rozsadzania  tautologicznego systemu profesjonalnej praktyki. Outsider (…) potrafi użyć swojego ogólnego zmysłu abstrakcji, by przy pomocy posiadanej wiedzy zainicjować alternatywną i niezbędną debatę oraz doprowadzić do rozprzęgnięcia trwających w impasie związków i praktyk w obecnym kontekście. (…) Takie rozumienie wartości dodanej w kategoriach inności jest w istocie antytezą gnostyckiej idei wiedzy, to znaczy przekonania, że specjalista jest „dobry” i godzien zaufania i że tylko specjalistyczna wiedza powinna być akceptowana w konkretnym, związanym z nią środowisku lub obszarze działań. Konsekwencją tego jest przymusowa akceptacja status quo przez kogoś, kto sam  nie jest ekspertem. Outsider nie godzi się na coś takiego. Wyjście poza ideę ekspertyzy jest i dyscypliny jest kluczowe dla utrzymania wystarczającej ciekawości związanej ze specjalistyczną wiedzą wnoszoną przez innych.

Komentarze

comments