La Tourette

Pisząc ostatnio o biografii Le Corbusiera nadmieniłem, że znalazłem w niej coś jeszcze. To, że moderniści żyli w przekonaniu, że jako projektanci mają prawo narzucać pewne rozwiązania swoim użytkownikom jest znane i nie jest żadną nowością (w sumie: robi tak każdy projektant). Istotniejsza jest próba odpowiedzi na pytanie, dlaczego tak było. Do lektury Le Corbusier Le Grand byłem przekonany, że byli oni napędzani jedynie przez wewnętrzne przekonanie o swojej wielkości, uwiarygadniane przez ideę poprawy warunków życiowych innych ludzi. Najważniejszym moim znaleziskiem z tej książki jest jednak przekonanie, że mogło być inaczej. Do tego wniosku skłoniło mnie spojrzenie na późne (i wyjątkowo udane) prace Le Corbusiera – realizacje architektury o charakterze sakralnym, w szczególności klasztor La Tourette.

Sam Le Corbusier nie był człowiekiem religijnym w powszechnym tego słowa znaczeniu, aczkolwiek dostrzegał i rozumiał rolę religii w życiu ludzi. Sprawnie posługiwał się również symboliką religijną i mistyczną, ale raczej tylko na własny użytek. Kiedy okazało się, że zajął się realizacjami kościelnymi, zdziwieni byli zarówno jego zwolennicy jak i krytycy.

Kaplica w Ronchamp

Kaplica w Ronchamp (Chapelle Notre-Dame-du-Haut de Ronchamp) to jeden z bardziej znanych projektów Le Corbusiera. Zbudowana w pierwszej połowie lat 50-tych w miejscu neogotyckiej kaplicy zniszczonej podczas II wojny światowej, jest jednym z przykładów myślenia doświadczeniem. Wejście do kaplicy oznacza zerwanie stanu ciągłości i przejście do przestrzeni sakralnej. Doświadczenie świętości/specjalności miejsca wzmacniane jest przez odpowiednio ukształtowane otwory ścienne, które nie tylko oświetlają wnętrze, ale robią to w sposób wywołujący bezpośrednie skojarzenia z takimi zjawiskami jak zwiastowanie, zstąpienie, spłynięcie itd. Doświadczenie wyjątkowości jest dodatkowo wzmacniane przez kontrast między bezkompromisowością materiału a miękkością światła.

Nie wiąże się ona bezpośrednio z tym co będę chciał dalej pokazać, jednak jeśli postrzega się rozwój twórczy Le Corbu jako proces (a czymże innym może on być?), pominięcie Ronchamp w kontekście zainteresowania się architekturą sakralną byłoby nierzetelnością. Jest to obiekt tak ikoniczny, że ilość opracowań na jego temat jest naprawdę znaczna, zdjęć jest jeszcze więcej, więc nie będę tutaj zanudzać Szanownych Czytelników pseuduintelektualnymi wynurzeniami na temat, na którym się nie znam. Dość pamiętać jedynie, że o ile poprzednie projekty były projektami funkcjonalnymi, o tyle Ronchamp jest projektem starającym się połączyć ograniczenia projektowe (format świątyni chrześcijańskiej z jej wszystkimi wymaganiami) ze śmiałą próbą tworzenia doświadczenia Sacrum. Efektem jest bryła zupełnie odmienna od tych, które projektowane były przez Le Corbusiera wcześniej. Zamiast linii prostych – krzywe, zamiast przeszkleń – grube, betonowe ściany z małymi oknami, zamiast oderwania od ziemi obowiązkowymi do tej pory pilotis – pełne związanie z gruntem.

La Tourette

Jednak sztandarowym przykładem realizacji o charakterze sakralnym, jest ukończony w roku 1960 klasztor Sainte-Marie-de-La-Tourette – spektakularny, całościowy, wielki projekt Le Corbu, projekt w którym mógł się zrealizować w pełni, tworząc nie tylko architekturę, ale także kształtując jej kontekst (poprzez wybór konkretnego miejsca). Oczywiście rzecz jest na pograniczu preferencji estetycznych, ale jeśli mówimy o architekturze kształtującej doświadczenia, liczy się całość. Z tej perspektywy zastosowany tutaj brutalizm wraz ze swoją oszczędnością formy, prostymi liniami i chłodem emanującym z całości, jest współczesnym odpowiednikiem średniowiecznego dziedzictwa zakonów. Co ciekawe, ten sam materiał i ta sama technika dała zupełnie inny efekt niż w przypadku Ronechamp. W La Tourette wracają proste linie, szkło, światło i otwarty plan. Prostota i chłód. Wspólnota i praca. Cisza i spokój. Widać to na samych zdjęciach, ale jeszcze wyraźniej całość wybrzmiewa (dosłownie), kiedy wprowadzi się nieco kontekstu, np. dźwiękowego. Poświęćcie 10 minut i zajrzyjcie (koniecznie z dźwiękiem, a najlepiej ze słuchawkami) do La Toruette biorąc pod uwagę szerszy kontekst:

Aby lepiej poznać kontekst zakonnego życia i tego, do czego nawiązywał Le Corbu, sugerowałbym obejrzenie fascynującego dokumentu Wielka Cisza, pokazującego życie w La Grande Chartreuse – głównym klasztorze zakonu kartuzów (bardzo surowa reguła). Wybitny obraz, dzięki któremu można zajrzeć do jednego z miejsc, gdzie czas się zatrzymał. Jeśli mówi się czasem o połączeniu formy i funkcji, o ich przenikaniu się i wzajemnym dopasowaniu, to ten film jest tego wyjątkowym przykładem. Uprzedzam, oglądanie go „fragmentami” nie ma sensu – to filmowa poezja, gdzie forma liczy się tak samo jak historia, którą opowiada. Pokazuje coś o czym pewnie wiecie, ale czego skali może być poza waszym wyobrażeniem (tak było przynajmniej w moim przypadku).

Le Petit Cabanon

Sam Le Corbu miał też swoje ulubione miejsce odpoczynku, które nie było specjalnie luksusowe. Miejscem w którym „ładował akumulatory”, do którego wracał regularnie i w którym czuł się naprawdę dobrze, był Le Petit Cabanon – domek, który zaprojektował dla siebie i pod swoje potrzeby. Form follows function, mówili. No więc tak zrobił jak mówili, czyli w duchu minimalizmu zaprojektował coś, co odpowiadało jego potrzebom. Tym czymś był domek/chatka (?), który z zewnątrz jakoś niespecjalnie imponuje i którego (pozornie!) nieślubne dzieci można znaleźć pod każdym supermarketem z rzeczami ogrodniczymi. Jednak nie był zwykłym domkiem, a w pełni funkcjonalnym domem zaprojektowanym w oparciu o format modulora.

Le Cabanon: le modulor

Mimo że niewielki (3,66 x 3,66 x 2,26 m), miał w sobie to czego Le Corbusier potrzebował. Z racji wymiarów, niczego nie ma tam w nadmiarze, co więcej, aby w miarę wygodnie w nim mieszkać, trzeba było się dostosować. Doskonały przykład skutecznego designu, dla świadomego użytkownika. Masz niewiele, wiesz czego chcesz – to miejsce będzie w sam raz dla ciebie. Można oczywiście patrzeć na tę realizację w kontekście modularności, łatwości aranżacji wnętrza, lokalizacji, materiałów, etc. Nie zmienia to jednak faktu, że jest to świetny przykład minimalizmu wynikającego z wewnętrznego przekonania, że celem życia jest coś więcej niż bierna konsumpcja czy hedonizm. Skoro dom ma być maszyną do mieszkania, to niech będzie. Miejsce to tylko wtedy ma sens, jeśli jest fragmentem jakiegoś świata, a nie światem samym w sobie. Jeśli jest środkiem do celu, a nie celem samym w sobie.

[huge_it_gallery id=”2″]
***

Przeglądając Le Corbusier Le Grand, kiedy natrafiłem na La Tourette, nie mogłem przestać zachwycać się zarówno formą (ale to rzecz wtórna), ale przede wszystkim kontekstem. Bardzo wyraźne jest (szczególnie w Polsce) traktowanie architektury sakralnej jak bardzo zamkniętych i klasycznych form, najczęściej neogotyckich czy barokowych (a czasami – niestety – postmodernistycznych). Jest to oczywiście moja prywatna opinia, ale La Tourette jest dla mnie przykładem architektury idealnie łączącej formę z przeznaczeniem. Patrząc na tę realizację mam wrażenie kompletności, domknięcia, zrealizowania czegoś, co stanowi całość. Im częściej oglądam te zdjęcia, tym wyraźniej postrzegam ten klasztor jako architektoniczny odpowiednik IX Symfonii. Uczucie spełnienia wynikające z obcowaniem z czymś na granicy Absolutu formy. Rodzi się pytanie, dlaczego akurat La Tourette? Dlaczego nie bardziej ikoniczne projekty Le Corbu?

Mam wrażenie, że projektując La Tourette, Le Corbusier projektował dla siebie. Wcześniejsze realizacje, szczególnie te dla osób prywatnych zawsze były kompromisowe. Nawet jeśli nie z inwestorami, to ze samym sobą – światły człowiek pewnych rzeczy innym nie zaproponuje. Projektując jednak dla zgromadzenia zakonnego, można pominąć wszystkie zmiękczacze i ozdobniki. Można skupić się na tym co ważne. A jeśli na dodatek postrzega się siebie w kategoriach użytkownika, to formy nie trzeba tłumaczyć – forma jest uczuciem.

Często sam postrzegał siebie jako mnicha i określił swoje intencje co do projektu klasztoru La Tourette słowami, które równie dobrze mógł wypowiedzieć świecki intelektualista jak i dominikanin: Próbowałem stworzyć miejsce medytacji, nauki i modlitwy dla braci zakonnych. Zamówieniem było zaprojektowanie mieszkań dla mnichów, zapewniając im równocześnie to, czego współcześni ludzie potrzebują najbardziej – ciszę i spokój”

Kiedy patrzę na te wszystkie realizacje, na to co było ważne nie tylko dla Le Corbusiera ale także dla innych modernistów (z jakim zacięciem projektował kościoły Niemeyer!), to mam taką refleksję, że modernizm jest (bywa?) wybitną architekturą dla wybrańców. Wybrańcami wcale nie muszą być osoby majętne czy wpływowe. Wybrańcami są ci, którzy potrafią zaakceptować życie wśród reguł, życie które będzie z wyboru niełatwe. Modernizm staje się więc dla mnie swoistą religią, w której (jak to w religii) akceptuje się niedogodności w imię wyższej idei. Modernizm byłby więc religią prostoty, a nawet – ascezy. Byłby więc rodzajem przekonania, że pewne rzeczy warte są nie tyle nawet poświęceń, ile pewnego – leżącego jednak poza tym, co powszechnie uważane jest za rozsądne – umiaru. Umiaru, do którego można dojrzewać, ale który równie dobrze można narzucić. Umiaru, którego istota leży w zaakceptowaniu powstrzymania się przed spełnieniem, będącym na wyciągnięcie ręki.

Z mojego punktu widzenia – bardzo fajne założenia. Jedyny problem, który się pojawia to ten, że nie wszyscy je podzielają i nie wszyscy chcą mieszkać w minimalistycznych wnętrzach czy żyć w minimalistyczny sposób. A rozwiązania dostarczane przez modernizm były fundowane wszystkim. Czyli deprywacja dla wszystkich, usprawiedliwiana przez autodeprywację projektantów. Bo cały czas mówimy przecież o wspólnocie, o większym dobru. Nie wiem jak to dokładnie ująć, ale Le Corbu, mimo że niewierzący był wśród zakonników u siebie. I jestem przekonany, że mimo że byli tak różni, doskonale rozumieli oni to, co próbował on osiągnąć.

Nie ukrywam, że ten sposób myślenia („wszyscy będą mieć trochę trudno, ale ja też, więc mogę to zaproponować”) jest mi niebezpiecznie bliski. To jeden z argumentów ostatecznych – „no przecież ja też będę z tego korzystać”. Abstrahując od kwestii czysto estetycznych związanych z modernizmem, jest to element który ostatecznie przekonuje mnie, że jestem mentalnie naznaczony modernistycznym piętnem i – jakkolwiek bym się od tego nie odżegnywał – dziedziczę i upowszechniam tę tradycję. Nawet jeśli mam co do niej sporo wątpliwości. Co nie jest jakąś specjalnie podnoszącą na duchu refleksją.