Trzewia Lewiatana

Miasta-ogrody o których pisałem poprzednio szybko zyskały popularność. Przestrzeń, zieleń, zdrowe warunki życia oraz powszechne doświadczenie z wartości ich posiadania sprawiły, że koncepcja Howarda była powszechnie rozumiana i trudno było coś jej zarzucać. Czy jednak przeprojektowane – zgodnie z ideą miasta-ogrodu – społeczeństwo będzie społeczeństwem ludzi szczęśliwych? Mimo że pisałem już o mieście-ogrodzie, chciałbym jeszcze na chwilę do niego wrócić, bo pewne kwestie nie wybrzmiały w nim wystarczająco wyraźnie. Idea miasta-ogrodu jest wzorcowym przykładem pozornie humanitarnej idei, poprzez którą promowane są idee znacznie mniej już humanitarne. Niniejszy wpis jest więc refleksją głównie nad krytycznym spojrzeniem na miasto-ogród, które prezentowane jest w komentarzach do polskich jego wydań.

Miasta-ogrody w ujęciu krytycznym

Od razu zastrzegę, że gdybyście chcieli czytać Howarda (naprawdę, polecam!) to najpierw przeczytajcie tekst oryginalny, a dopiero potem poczytajcie teksty krytyczne (Adam Czyżewski, Dorota Leśniak-Rychlak). O ile tekst Leśniak-Rychlak dotyczy bezpośrednio pomysłu Howarda i nie ma aż tak mocnego wydźwięku krytycznego, o tyle opracowanie Czyżewskiego (o objętości zbliżonej do tekstu oryginalnego) robi ogromne wrażenie. Czyżewski pokazuje w nim rzeczy, które w Miastach-ogrodach jutra się znajdują, ale gdzieś z boku, na marginesach czy wręcz jedynie na szkicach. Co więcej – poszerza je o pogłębione i wcale nieoczywiste komentarze, które powodują, że na tekst oryginalny spogląda się zupełnie inaczej. Antropologiczne ujęcie idei miasta-ogrodu jest jednak dość gorzkie.

Miasta-ogrody jutra: Ebenezer Howard

Miasto-ogród jest więc idealnym miejscem do życia, ale nie dla wszystkich. Już poza miastem, w otaczającym go pasie zieleni, mają więc być zlokalizowane przybytki mniej szlachetne niż pływalnie i teatry:

Diagram social city, usunięty z drugiego wydania dzieła Howarda, to wyjątkowo zwięzły traktat eugeniczny. (…) inwentarz sporządzony przez Howarda dla strefy country belt (green belt) obejmował nie tylko pełną infrastrukturę higieniczną: cmentarze dla zmarłych, sanatoria i domy letniskowe dla dzieci oraz rezerwuary z czystą wodą, lecz także instytucje, których zasadniczą funkcją było izolowanie marginalnych grup społecznych zgodnie z postulatami eugeniki. Znajdujemy tam: sierocińce, przytułki dla obłąkanych, domy dla nałogowych alkoholików, domy dla podrzutków, bezdomnych i wykolejeńców, przytułki dla ociemniałych i głuchoniemych oraz farmy dla epileptyków.

W swoim studium Czyżewski pokazuje jednak coś więcej – blisko ponad stuletni proces, który do tego doprowadził. Eugenika (w obecnym dyskursie łączona przede wszystkim z hitlerowskimi Niemcami) jest szczegółowo przedstawiona jako prąd umysłowy wyraźnie obecny w myśli europejskiej końca XIX i początku XX wieku. Jej wykorzystanie przez III Rzeszę jest raczej skutkiem wcześniejszej stałej obecności i późniejszych decyzji społeczno-politycznych, niż czysto nazistowskim wymysłem. Przedstawione przez Czyżewskiego intelektualne przyzwolenie na akceptację eugeniki jako narzędzia projektowania (sic!) zdrowego społeczeństwa jest zjawiskiem szerszym i silniej osadzonym w przeszłości. Mimo wcześniejszego (na terenie Niemiec) powiązania eugeniki z poglądami antysemickimi, myślenie w kategoriach szeroko rozumianej higieny było wspólne dla planistów miejskich Niemiec, Francji czy Wielkiej Brytanii.

W wyjątkowo błyskotliwym eseju udało się Czyżewskiemu pokazać eugenikę jako ostateczną formę higienizmu – myślenia kategorią potrzeb zdrowotnych społeczeństwa. To właśnie fatalne warunki sanitarne w XIX wiecznych miastach doprowadziły do powiązania zagadnień planowania miejskiego (stosunkowo nowej dziedziny) z zagadnieniami poprawy warunków zdrowotnych ludności. Urbanistyka staje się więc narzędziem w służbie higienizmu – narzędziem, które ma doprowadzić do powstania zdrowszego społeczeństwa. Jeśli weźmie się pod uwagę, że nowoczesny design jest bezpośrednim dziedzicem tradycji bauhausu i modernizmu, to miasta-ogrody ze swoimi ograniczeniami są także naszym dziedzictwem…

W tym kontekście jeszcze ciekawsze jest zaprezentowanie wcześniejszej dyskusji na temat sposobu pozbywania się miejskich nieczystości. Dominujący przez stulecia model dołów kloacznych konfrontuje się tutaj z nowoczesnym system kanalizacyjnym zarówno na poziomie ekonomicznym jak i społecznym. Z perspektywy czasu trudno sobie wyobrazić inny model utylizacji odchodów/odpadów niż ten, który funkcjonuje obecnie, jednak do końca XIX wieku nie było to takie oczywiste. Niesamowite wrażenie robią przedstawione przez Czyżewskiego plany budowy miejskich spalarni odchodów czy toalet. To wszystko pojawia się w kontekście dyskusji o stratach wynikających z pozbywania się taniego i efektywnego nawozu. Utylitarystyczne podejście do wykorzystania przetworzonych odpadów jest zaskakujące, podobnie jak siła oporu stawianego idei kanalizacji przez zwolenników „klasycznych” rozwiązań. Finalnie sprawę rozwiązują czynniki ekonomiczne – sprowadzenie guana z Ameryki Południowej jest tańsze niż wdrażanie przemysłowych metod przetwarzania tego, co miasto (a właściwie jego mieszkańcy) wyprodukuje.

To właśnie myślenie w kategoriach utylitarnych prowadzi do sugestii, że skoro można wykorzystywać ludzkie odchody to może iść dalej? Pojawia się więc propozycja aby:

części organiczne zwłok oddzielić od kości, palić je w specjalnym piecu kremacyjnym, a po spopieleniu przetapiać wraz ze szkieletami na masę szklaną i wreszcie wykorzystywać w dwojaki sposób – jako surowiec do wyrobu pamiątkowych medalionów z podobiznami zmarłych lub, w przypadku mniej zamożnych obywateli – jako materiał budowlany dla następnych kondygnacji cmentarza – „W ten sposób – konstatował zadowolony ze swojego pomysłu architekt – powstanie ciekawa całość i w ciągu paru lat dzięki wielkiej ilości szkieletów biedoty, o które nikt się nie upomni, ukończony zostanie monument jedyny w swoim rodzaju.

Taaaaak… Nie bardzo wiadomo co powiedzieć… To ja może tyko dopowiem, że to idea francuskiego architekta z 1801 roku. Przez cały wiek XIX tego typu idee stymulują więc europejskie myślenie z obszarów higieny i planowania miast. Jeśli do tego dołożyć powszechnie obecne sklepy z galanterią wytwarzaną w ludzkich włosów, jesteśmy w jakimś alternatywnym świecie.

Auschwitz jak miasto-ogród

Mimo że najbardziej popularna idea miasta-ogrodu pochodziła z Anglii, jednak bardo podobne prądy umysłowe kształtowały niemiecką myśl urbanistyczną. Jeśli w Anglii był Letchworth, to Niemcy mieli Hellerau i przez całe międzywojenne dwudziestolecie pracowali nad rozwojem koncepcji miasta-ogrodu. W powiązaniu z wcześniejszymi wnioskami nie dziwi łatwość, z jaką idea miasta-ogrodu jako zdrowego miejsca życia dla zdrowych ludzi, w zdrowej okolicy, znalazła odzwierciedlenie w niemieckiej planistyce dla obszarów podbitych na wschodzie.

Jeden z lepszych urbanistycznie i planistycznie projektów miasta-ogrodu został zlokalizowany na terenie Polski. Autorem projektu miasta-ogrodu dla niemieckich osadników był Hans Strosberg, a jako lokalizację wybrano miejscowość Auschwitz. Cytując Czyżewskiego:

W projektach Hansa Strosberga (…) bez trudu rozpoznajemy dziedzictwo tej wspaniałem wernakularnej architektury (…) Bez wątpienia mamy tu do czynienia z projektem miasta-ogrodu, świetnie opracowanym przez wiernego ucznia twórców Hellerau, jednego z tych, którzy jak Albert Speer po 1933 roku zakładali podwaliny „nowego, pięknego świata”. Stare centrum Oświęcimia otoczyły na planie Strosberga nowe przedmieścia ogrody, a dalej, w tle, majaczył obóz zagłady, nieoznaczony, lecz bez wątpienia niezbędny jako element strefy green belt. (…) Plan Strosberga świadczy o wysokiej kulturze projektowania urbanistycznego i zaawansowanej strategii planowania regionalnego w Trzeciej Rzeszy (…)

Auschwitz: miasto-ogród Hansa Strosberga

Auschwitz: miasto-ogród Hansa Strosberga

Auschwitz: miasto-ogród Hansa Strosberga

Więcej o planach rozwojowych Auschwitz (jako idealnego miasta) możecie przeczytać tutaj.

***

Przyznam, że nie bardzo wiem jak zakończyć. Z pewnością bardzo zachęcam do przeczytania Miast-ogrodów oraz krytycznego tekstu Czyżewskiego – to co napisałem tutaj to jakieś 3,14% tego, co znajdziecie w tekście oryginalnym. Jednak najważniejsze jest dla mnie chyba kolejne potwierdzenie tezy, że design jest nieoczywisty i trudno poddaje się ocenie. A chyba jeszcze ważniejsze, że projektując i przyjmując jakieś ograniczenia, podejmuje się świadomie (a czasami mniej świadomie) bardzo konkretne decyzje, które sporo innych mogą kosztować.