Miasta wyśnione
A dzisiaj coś z zupełnie innej beczki – książka o designie i o miastach. Miasta wyśnione to naprawdę wyjątkowa rzecz – jedna z ciekawszych, jakie miałem okazję czytać. Ale mimo, że teraz się nią zachwycam (bo jest tego warta), to jakoś na początku nie było mi z nią po drodze. To książka o wielu miastach, o ich historii i o przyczynach, dla których są jakie są.

Miasta wyśnione to 7 opowieści, a każda z nich jest historią o konkretnej wizji miasta, bo przecież miasto miastu nierówne. Wszystkie te historie są współczesne lub prawie współczesne, nie będzie więc tutaj rozważań o mieście starożytnym czy renesansowym. Tak naprawdę jest to analityczne (ale świetnie napisane) spojrzenie na różne fragmenty naszych miast. Nie jest to historia urbanistyki, chociaż w trakcie lektury można mieć czasami takie wrażenie. Podtytuł mówi „Siedem wizji urbanistycznych, które kształtują nasz świat”. Trudno lepiej ująć to, o czym jest ta książka.

Opowieść o każdym z typu miast jest jednocześnie trochę opowieścią o ich twórcach, o okolicznościach powstania, o kontekście społecznym i historycznym. Sporo więc tutaj wycieczek w przeszłość, odniesień do literatury, historii idei czy ekonomii. Ponieważ idee nie biorą się znikąd, szansa na dojrzenie ich źródeł jest jednocześnie szansą na ich lepsze zrozumienie.

  1. Miasto romantyczne  –> Bertrand Goodhue
  2. Miasto uporządkowane –> Daniel Burnham
  3. Miasto racjonalne –> Le Corbusier ❤️ ❤️ ❤️
  4. Broadacre city  –> Frank Lloyd Wright
  5. Miasto samoorganizujące się –> Jane Jacobs / Leon Krier
  6. Miasto handlu –> Victor Gruen
  7. Miasto techno-ekologiczne –> Kenzo Tange

Dla mnie największym odkryciem były dwie opowieści – o mieście romantycznym i mieście handlu.

Miasto romantyczne

Odwiedzając kiedyś południowe stany USA rzeczywiście zauważyłem sporo architektury „hiszpańsko-meksykańskiej” – jakieś coś pomiędzy pueblami a kościołami, które większość z nas będzie kojarzyć z szeroko rozumianą kultura hiszpańską. W miastach amerykańskich sporo jest też budowli neogotyckich, co znamy chociażby z filmów rozgrywających się w Nowym Jorku czy Chicago. Gdzieś na obrzeżach umysłu wegetowało mi pytanie, jak to się stało, że Amerykanie wystawili sobie takie kościoły, skoro nie mieli tradycji budowy katedr. Jakież było moje zdziwienie, kiedy dowiedziałem się, że ten styl ma swoją nazwę oraz swojego twórcę oraz swoje arcydzieła, oraz że funkcjonuje nadal.

Dużą część tego [Santa Barbara] miejsca zaprojektował jeden z najwspanialszych architektów, jacy kiedykolwiek pracowali w Ameryce. Przypuszczalnie nigdy o nim nie słyszeliście. Może zdarzyło się wam widzieć jeden albo kilka jego projektów […] ale prawdopodobnie nie kojarzycie ich z nazwiskiem twórcy, może nawet wcale nie znacie nazwiska Bertrama Goodhue’a. Dlaczego? Po części dlatego, że zdaniem modernistycznych krytyków, którzy przyszli po nim i napisali czytane dziś przez nas podręczniki historii architektury, Goodhue nie projektował „nowocześnie”. Został więc przez nich wyrzucony na śmietnik historii i zawalony staroświeckim gzymsami, kolumnami, ostrołukowymi oknami i ornamentami, które za sprawą protomodernistycznego architekta Adolfa Loosa zasłynęły jako zbrodnia.

Architektura historyzująca jest wciąż obecna i będzie obecna w przyszłości. Jak – złośliwie – podkreśla Wade:

Pozory starodawności obiecują […] dobrą stopę zwrotu […] wartości społecznej, a może i poczucia własnej wartości mieszkańca posesji. Patyna wieków może nadać osobie lub rodzinie zamieszkałej w takiej nieruchomości arystokratyczną aurę – dlatego właśnie nowobogaccy wszystkich epok tak lubią budować zamki, żeby „wyprać” swoje pieniądze, zmyć ten przykry zapach świeżo nabytego bogactwa.

Kiedy więc będziecie przejeżdżać obok wysmakowanej i jakże subtelnej architektury polskich dworkowych przedmieść, pomyślcie sobie że w innych krajach też takie urokliwe miejsca występują. W wydaniu Wade’a, opowieść o mieście romantycznym jest także krótka historia ruchu Arts And Crafts, wraz z omówieniem jego wpływu na późniejsze prądy umysłowe. Świetnie pomyślane i świetnie napisane! Jak ja się cieszę, że ukazują się w polskich przekładach książki pokazujące zjawiska kulturowe w ujęciu procesowym, gdzie rzeczy z siebie wynikają. Wade nie tylko opisuje zjawisko, ale również pokazuje jego najważniejsze realizacja, a przy okazji buduje fundament pod kolejne opowieści.

Miasto handlowe

O ile jednak „miasto romantyczne” było mi jakoś ogólnie trochę znane, tzn. niby nic konkretnego, ale cośtam-cośtam, o tyle rozważania o miastotwórczej roli galerii handlowych były dla mnie zupełną nowością. Nie jest to dla mnie specjalnie chwalebne, bo i do powiązania tych dwóch faktów nie potrzeba specjalnie głębokiej refleksji, ale jakoś tak się ułożyło. Ta chwila autorefleksji #ajednaknigdyniebędzieszintelektualistąchłopcze nadeszła nagle:

Czy zakupy to przepis na miasto? Zastanówmy się. Wymiana towarów możliwa jest w zgromadzeniu, a zgromadzenie to forum społeczne – tam ludzie się spotykają, wymieniają informacjami i ploteczkami, dobijają targu, kobiety poruszają się swobodnie, ludzie obserwują się nawzajem […] Kupowanie może definiować przestrzeń na typowe miejskie sposoby; miejsce, gdzie kupuje się, to miejsce osobne, oddzielone od innych rozpraszających uwagę aktywności, przeznaczone dla pieszych, zamknięte, ale połączone ze światem zewnętrznym. Zakupy generują ruch i zagęszczenie; mieszają i zbliżają nie tylko ludzi, ale i odległe od siebie części miasta. Jeśli jest tak naprawdę, to maksymalizacja kupowania równa się maksymalizacji urbanizmu.

Rozdział o centrach handlowych prowadzi więc podobnie nierozgarniętych czytelników jak ja, przez – bardzo przecież bliskie – relacje między handlem a miejskością i to od głębokiej starożytności, przez średniowiecze do czasów współczesnych. Niesamowite jest poznawanie ukrytej historii centrów handlowych: ich paryskiego (XVIII-wieczne kryte szkłem pasaże handlowe pomiędzy dużymi równoległymi ulicami) czy londyńskiego (XIX-wieczny Crystal Palace) dziedzictwa. A najbardziej niesamowite jest w tym to, że na przestrzeni tych kilkuset lat, zupełnie nie zmieniły się ludzkie potrzeby: nadal chcemy (jako ludzie, bo osobiście za centrami handlowymi niespecjalnie przepadam) przebywać w bezpiecznej i ładnej przestrzeni, nie być nękanymi przez pogodę, móc budować swój status społeczny poprzez bywanie i wydawanie w takich miejscach. Tak wydawałoby się, że jedynie nam współczesna – potrzeba lansu, jest obecna od dawna. Jakie to kojące uczucie, kiedy uświadamiam sobie, że kiedyś też ludzie lubili bez sensu wydawać pieniądze…

No dobrze, ale ta cała historia z centrami to dopiero się zaczyna, bo przecież dopiero na przełomie XIX/XX wieku do gry wchodzi Ameryka. I jeśli myślicie, że centrum handlowe jedno ma imię, to jesteście w wielkim błędzie. Bo były centra w miastach, były centra pod miastami, były centra kilkupoziomowe, potem płaskie, potem znowu wróciły do centrum, potem były miasteczka zakupowe (kto był w Stanach, wie o co chodzi), a teraz są jeszcze Walmarty, czyli jeden wielki sklep przy autostradzie mający wszystkich w dolnej części pleców. Miejskie galerie handlowe które znamy z polskich miast to tylko jeden z etapów całej tej ewolucji. Czytałem to wszystko z wypiekami na twarzy, bo był to dla mnie brakujący element układanki pt. „amerykańska przestrzeń publiczna”.

A to jeszcze nie koniec, od centrów handlowych i budowania tam doświadczeń już tylko krok do projektowania doświadczeń w kasynach czy przestrzeniach Disneya (właściwie nie ma między nimi żadnej różnicy). Żeby nie opowiadać wszystkiego, pominę to w co stało się, że galerie handlowe znowu zaczęły pełnić rolę miastotwórczą (bo te podmiejskie takowej przecież nie spełniają). Zainteresowanie przeczytają sami.

***

Mimo że opowieści są osobne, to wzajemnie z siebie korzystają. Bohaterowie jednej, stają się antybohaterami w innej – ot, zwyczajna kolej rzeczy. Jeśli chociaż trochę interesujecie się tematem, wyciągniecie stąd całą masę historyjek i opowiastek, które będą idealne do różnego rodzaju dyskusji czy innych prezentacji. Jest tego dużo, do tego świetnie udokumentowane. Napisane i przetłumaczone też bardzo dobrze, czyta się więc świetnie. To jedna z tych książek, które wciągają. Przyda się wam telefon, bo niby ilustracje są, ale – jak to w książkach o designie – i tak cały czas trzeba sprawdzać i szukać dodatkowo. Poskładane i wydane cudownie – wiadomo, Karakter.

Komentarze

comments