Miasto szczęśliwe

Czytałem już kilka książek o miastach, ale takiej jak Miasto szczęśliwe – jeszcze nigdy. A może zacząć od wniosków od razu? W sumie, dlaczego nie… Tak więc, jeśli ktoś chciałby przeczytać tylko jedną książkę o miastach, powinno to być właśnie Miasto szczęśliwe – książka, którą jest zbudowana na miłości do ludzi, a nie do architektury. Książka o tym, jak bardzo nasze życie powiązane jest z przestrzenią wokół nas. Książka o tym, że nawet jeśli jest trudno, to warto się starać.

Niewiele czytałem książek, które podczas lektury tak mocno budowałyby poczucie sprawczości – ze znanych mi tytułów chyba tylko Change By Design. Czytanie Miasta szczęśliwego to jak picie ze zdroju radości, szczęścia, optymizmu i przekonania, że jednak można. Montgomery pokazuje setki (sic!) przykładów na to, co i jak zmieniać w naszym otoczeniu. Co ważne, nie są to jednak rozważania teoretyczne, ale dobrze udokumentowane historie z konkretnymi osobami, danymi i przypisami. Jednak jeszcze ważniejsze jest to, że są to historie sukcesu. To nie jest książka o tym, że jest źle, ale mogłoby być lepiej. To jest książka o tym, w jak wielu miejsca i przy jak bardzo zróżnicowanych problemach ludziom się powiodło. Moim zdaniem to właśnie stanowi o wyjątkowości tej książki. Trudno mi sobie wyobrazić, że po lekturze nie pojawi się w głowie myśl „a może by tak spróbować”, że nie poczujecie wewnętrznej potrzeby wspólnej pracy z innymi.

Miasto szczęśliwe zaczyna się bardzo niepozornie, bo od rozważań na temat… szczęścia. Podchodziłem do tego sceptycznie („miało być o miastach, a tu mi koleś pitoli o tym co to jest szczęście i kiedy ludzie są szczęśliwi”), ale finalnie – dokładnie nie wiadomo kiedy – te rozważania o szczęściu jakoś płynnie przechodzą w rozważania o miastach jako takich. A najlepsze jest, że z perspektywy następnych kilkuset stron właśnie te początkowe rozdziały są fundamentem, bez których cała książka byłaby w najlepszym razie zbiorem historyjek.

O czym tak naprawdę jest Miasto szczęśliwe? Najlepiej oddaje to podtytuł: jak zmienić nasze życie, zmieniając nasze miasta (Transformig Our Lives Through Urban Design). Jak już wspomniałem, to chyba pierwsza książka, tak mocno koncentrująca się na potrzebach człowieka i na tym, że przestrzeń definiuje nas w stopniu większym niż sądzimy. Co było dla mnie zaskoczeniem, to regularne pokazywanie rzeczywistego wpływu procesu projektowego na dalsze losy ludzi. Nie są to więc opowieści, o tym, że gdzieś nie było parku i grupa ludzi sobie ten park zrobiła (walcząc z urzędnikami). To przeważnie dopiero początek opowieści, bo przecież jest ciąg dalszy. Okazuje się potem, że taki park wpływa na przestrzeń i ludzi w taki sposób, że ich życia zaczynają się zmieniać: organizują się, robią coś razem, rozbierają ogrodzenia, łączą się, stają się bardziej aktywni. Po prostu zmieniają swoje życie, bo zorientowali się, że jest to prostsze niż sądzili. I to właśnie jest solą tej książki – pozytywne zakończenia praktycznie wszystkich opowieści, szczęśliwi ludzie, którzy biorą sprawy w swoje ręce. A tłem do tych zmian jest miejska przestrzeń. Przestrzeń Brasilii, Bogoty, Medellin, Kopenhagi, Nowego Jorku, Portland, Vancouver, Houten, Atlanty… Szczególnie warte uwagi są doświadczenia amerykańskie, bo mimo że urban sprawl dotyka nas (w Polsce) w mniejszym stopniu niż w USA, nie sposób uniknąć wrażenia, że w pełni świadomie kopiujemy najgorsze z możliwych rozwiązań. Dość blisko tej książce do Radykalnych miast – jest może mniej wprost rewolucyjna, ale podobnie pokazuje siłę ruchów oddolnych i sensowność walki o swoje prawa.

Spodziewałem się, że będzie to kolejna książka hejtująca modernizm, tymczasem – mimo zrozumiałej niechęci do rozwiązań z tamtego okresu – jest ona bardzo w tej krytyce powściągliwa. Montgomery rozumie przyczyny, które doprowadziły do powstania i rozwoju modernizmu (a miały one przecież czysto humanistyczne przyczyny) i wypada go za to docenić. Łatwo z perspektywy lat rozliczać system, który wydawał się rozwiązaniem wszystkich miejskich problemów.

Problem z tą książką jest taki, że będzie ona przekonywać przekonanych. A mnie najbardziej ucieszyłoby gdyby chociaż jedna osoba w wyniku lektury przestała dojeżdżać do pracy prywatnym samochodem. Bo (co jest oczywiste dla wszystkich, którzy w minimalnym chociaż stopniu interesują się miastem) miasto i miejskość ma jednego głównego przeciwnika, który całym swoim jestestwem zaprzecza idei miasta jako przestrzeni wspólnej – samochód osobowy i ruch tychże w miastach. Praktycznie każda opowieść finalnie dotyka kwestii motoryzacji, a konkretnie – całkowitego dostosowania przestrzeni wspólnej miast, do ruchu samochodowego. Ta książka może boleć. Jeśli dojeżdżacie do pracy samochodem, jeśli przysłowiowe 5 kilometrów zajmuje Wam 50 minut jazdy, jeśli stoicie w korku i docieracie do roboty wkurzeni i zmęczeni, to lektura Miasta szczęśliwego będzie jak posypanie otwartej rany solą. Bo zrozumiecie, że tak naprawdę sami stanowicie o swoich ograniczeniach i że to dla Waszego dobrostanu i – rozumianego na opak – tzw. statusu społecznego rujnujecie swoje życie i zdrowie. Co zrobicie z tą wiedzą, to już wasza sprawa. To właśnie widzę jako główny problem tej książki, że stawia ludzi w bardzo niewygodnej pozycji. Nie przychodzi mi do głowy lepsze porównanie, niż Morfeusz podający Neo pigułkę i mówiący „pamiętaj, że jedyne co mam ci do zaoferowania to prawda”.

Myliłby się jednak ten, kto uważałby że Miasto szczęśliwe to krucjata przeciwko samochodom. Otóż nie! Montgomery wielokrotnie zwraca uwagę na fakt, że minęły czasy jednolitych rozwiązań dla wszystkich. Oczekiwanie na cud i Ogólną Teorię Wszystkiego jest czekaniem na coś, co nigdy się nie wydarzy. Przyszłość miast, to przyszłość różnych środków transportu, różnych aktywności i różnych sposobów zarządzania przestrzenią, a w mieście znajdzie się miejsce dla wszystkich, także dla tych którzy chcą spędzać po 4 godziny dziennie dojeżdżając do pracy.

Miasto szczęśliwe to także mocny głos w dyskusji o miejskich wartościach. To jasno zajęte stanowisko o wyższości rozwiązań równościowych nad wszelkimi innymi, w szczególności nad uprzywilejowaniem dla grup bardziej majętnych. Szokiem było dla mnie, gdy dowiedziałem się, że w Los Angeles wpływowi mieszkańcy bogatych dzielnic przez 20 lat blokowali rozbudowę metra, aby uniemożliwić mniej zamożnym mieszkańcom łatwe dotarcie nad ocean. Nie bardzo wiem jako to skomentować nawet. Podobnie jak Piketty Montgomery pokazuje jednak, że równość się opłaca, także pod względem finansowym. Dane, które prezentuje są bardzo konkretnymi argumentami w dyskusji o tym, jakie ma być nowoczesne miasto.

Osobiście bardzo ucieszyło mnie, że Montgomery nie tylko opisuje historie sukcesu, ale wprost mówi też o cenie jaką się za to płaci. O sile oporu najzamożniejszych części społeczeństwa, jawnie zawłaszczających miasto, o politykach i grupach nacisku. O opacznie pojmowanej wolności. O pseudo-politykach. Te tematy także tutaj wybrzmiewają, ale dają nadzieję, bo czytając widzi się że ten temat jest obecny wszędzie. Ważne jest dla mnie, że zostało to wprost napisane.

Bardzo polecam książkę wszystkim projektantom, przede wszystkim projektantom doświadczeń. Znajdziecie w środku mnóstwo wyników różnego rodzaju eksperymentów z obszaru ekonomii szczęścia (happiness economics) i ekonomi behawioralnej. Do tego dużo przypisów i odesłań do źródeł. Kopalnia inspiracji do różnego rodzaju projektów czy badań.

***

W przedmowie do polskiego wydania, Filip Springer napisał, że egzamin z tej książki powinien być obowiązkowy dla wszystkich polskich urzędników mających jakikolwiek wpływ na miasta. Dobrze powiedziane, niestety utopijne. Ale już oczekiwanie, że tę książkę przeczytają kandydaci na prezydentów miast, tak bardzo utopijne nie jest. Znaczy jest, bo wiadomo że – przynajmniej w jakiejś tam części, niestety obawiam się, że znacznej – niespecjalnie garną się oni do czytania i nie spodziewam się, żeby nagle zaczęli. Ale publiczne regularne odpytywanie kandydatów czy tę książkę znają może zadziałać na dwa sposoby: (a) skłonić ich do lektury (tak, wiem, nierealne), (b) spopularyzować ten tytuł tak, żeby sięgnęło po niego jak najwięcej osób. Ten drugi element uważam chyba nawet za ważniejszy.

Komentarze

comments