20121011-193250.jpgDokładnie tydzień temu miałem okazję po raz pierwszy korzystać ze współprojektowania przez użytkowników (participatory design). Jestem bardzo zadowolony z wyników.

Warsztatów różnego typu prowadziłem już trochę, ale nigdy nie oczekiwałem projektowania od swoich klientów (tzn. zewnętrznych, bo wewnętrzni to projektują aż za wiele). Skorzystałem ze wsparcia eksperckiego, skąd dostałem bardzo konkretną radę „Rób to samo co zwykle, tylko z ludźmi spoza firmy. To jedyna różnica”. Moje myślenie w kategoriach potrzeb użytkowników (jako coś więcej niż użyteczność) pojawiło się właśnie w odniesieniu do participatory design jakieś półtora roku temu. Chciałem tak pracować i wreszcie się udało.

Participatory design ma wiele zalet i jedną, ale bardzo istotną wadę – kiedy się tego spróbuje, trudno potem korzystać z czegoś innego. Wyniki które dostałem zachwyciły mnie. Nie dlatego, że były zgodne z moimi oczekiwaniami, nie dlatego że były jakieś odkrywcze czy przełomowe. Najlepsze było w nich to, że dla trzech niezależnych grup były takie same. Dziewięcioro użytkowników, pracując w niezależnych grupach, odpowiedziało mi na bardzo konkretne pytania projektowe. Żeby była jasność – oni nie zaprojektowali mi serwisu czy jego części. To co zrobili, to wyraźnie pokazali swoje potrzeby nie poprzez opowiadanie o nich, ale przez podejmowanie konkretnych decyzji i kreację. Teraz te wyniki trafią do projektanta, który na ich podstawie zaprojektuje elementy serwisu. Co dla mnie ważne, to że o ile nie jestem pewien przyjęcia całego projektu przez użytkowników, o tyle co do tej części mam prawie pewność (prawie, bo już długo pracuję z użytkownikami i nauczyłem się niepewności). W przypadku projektowania wewnątrz firmy, to co byłoby prezentowane na stronie byłoby wypadkową oczekiwań poszczególnych działów i miałoby się to nijak do potrzeb użytkowników.

Po tym ćwiczeniu doskonale rozumiem ideę procesu współprojektowania. Widzę też jaką wagę argumentów wnosi taki proces – trudno tutaj z wynikami dyskutować. To nawet nie są persony, to są realni użytkownicy zaspokajający swoje potrzeby. Nie wyobrażam sobie, w jaki sposób można polemizować z wynikami.

Mam jednocześnie wątpliwość dotyczącą przełomowości otrzymywanych wyników. O ile takie podejście jest skuteczne w przypadku rozwiązań inkrementalno-optymalizacyjnych, to nie wiem jeszcze na ile będzie działać wobec oczekiwania rozwiązań innowacyjnych. Ale kiedy o tym myślę, to mam wrażenie że powinno to być domeną projektanta. To co też ważne, to projektant jest w takiej sytuacji partnerem dla klientów, a nie twórcą ex-catedra (o czym pisałem kiedyś we wpisie o postmodernizmie). Jak dla mnie – rewelacja.

Komentarze

comments