Photobox i kotDzisiaj chciałbym napisać o kolejnej CHIowej prezentacji, w moim prywatnym rankingu drugiej pod względem istotności z tych, które widziałem w Toronto. Photobox, bo o nim będzie mowa, to unikalne połączenie znanych elementów, tworzące coś naprawdę wyjątkowego. Aha, no i wpływające na życie swoich użytkowników. Jednak tak naprawdę, tak naprawdę NAPRAWDĘ ten wpis powstaje dlatego, żeby wreszcie mieć jakąś UXfotę z kotem 😉 Ta dam!!!

Na początku był choas research (jak  być może zauważyliście nie wierzę w dobre projektowanie bez tego elementu). No więc grupa badaczy zidentyfikowała zjawisko, które większość z Was dobrze zna, a mianowicie wielką dynamikę przyrostu cyfrowych fotek. Część z Was pamięta być może dawne czasy. Dawne, czyli takie w których fotografie robiło się za pomocą analogowych urządzeń na specjalnie do tego stworzonych materiałach. Ja mam szczęście, że jeszcze pamiętam to unikalne doświadczenie (świadomość ograniczoności kliszy, niepewność co do tego jaki będzie rezultat, oczekiwanie na wywołanie, itd). Jednak cała ta magia wynikała przede wszystkim z ograniczeń technologii. Kiedy pojawiły się aparaty cyfrowe ludziska zaczęli robić fotek więcej. A potem jeszcze więcej. A potem znowu potaniała pamięć, więc można było jechać jeszcze szerzej. I tak jest do dziś.

Koń jaki jest, każden widzi. Aparaty towarzyszą nam w tej chwili wszędzie, foty robimy ciągle, zrzucamy je na nasze komputery i… no właśnie, to jest koniec historii. Koniec historii to ZRZUCAMY JE NA KOMPUTERY. Uwalniamy pamięć w aparacie na kolejne historie, a o tych, które są na dysku pomału zapominamy. No bo o czym tu pamiętać? Jak przeglądać zdjęcia, jeśli mamy ich tysiące? Jak je ogarniać, jeśli na urlopie robimy ich kilkaset? No więc właśnie nie robimy nic, no, może poza incydentalnym wrzuceniem kilku fotek na fejsa. Tymczasem – jak pokazali goście z Carnegie Mellon i Microsoftu – sytuacja może wyglądać inaczej.

Postanowili oni sprawdzić, czy wokół „wybierania” i prezentacji zdjęć można zbudować jakiś rodzaj doświadczenia. Pozornie wydaje się, że to oczywiste – wiadomo że można, wystarczy przecież że wybiorę jakieś foty i pokaże znajomym. I wszystko fajnie, tylko sami tego właśnie nie robimy. Więc może pomoże nam technologia? W przypadku tego projektu, technologia umożliwiła zbudowanie prostego urządzenia – Photobox’a. Technologia to umożliwiła, ale nad projektem pracowali ludzie z Carnegie Mellon, Microsoft Research, University of Nottingham i Newcastle University (swoją drogą, niesamowity zespół). To co już na początku mnie ujęło, to przyjęte założenia:

We wanted to investigate new forms of interaction that potentially enable meaningful experiences with photo collections by making them more material and by building in support for self-reflection and re-visitation of the past. In addition, we wanted to investigate the use of slow technology, and how this contrasting concept could challenge the idea of domestic technology being always on and accessible. Following this work, we wanted to explore how slowness might grow anticipation and create an interaction pace that supports self-reflection.

PhotoboxNo dobra, ale co to jest cały Photobox? Photobox to nic innego jak połączenie drukarki z bluetoothem, a wszystko opakowane w taki sposób, żeby na komputer i drukarkę zupełnie nie wyglądało. Działa banalnie. Wyobraźcie sobie, że wstawiacie taki diwajs do siebie, podłączacie do sieci, udostępniacie swoje konto na Flickr et voila! I już działa. A działa bardzo dyskretnie. Po prostu kilka razy w miesiącu znajdujecie w środku wydrukowaną wersję którejś ze swoich fotek z Flickra. Fun polega na tym, że nie wiecie ani kiedy fota zostanie druknięta, ani jaka ona będzie, ani że w ogóle na Was czeka. Po prostu musicie sprawdzać… podejść sobie do urządzenia, otworzyć wieko i zobaczyć czy Photobox coś dla Was wydrukował. Od strony technologii i hardware/software to koniec historii. Prawdziwe story dopiero się jednak zaczyna, bo przecież można sprawdzić (i taki był cel projektu) w jaki sposób takie urządzenie wpływa na relacje między użytkownikami. A wpływa, że ho ho!

PhotoboxFinalnie okazało się, że Photobox wpasował się w życie respondentów i zaczął odgrywać w nim pewną rolę. Nie była to rola jakoś mega istotna – nie zastąpił lodówki, telefonu czy komputera – ale wyraźna. Drukowane przez Photobox fotki stały się katalizatorami dzielenia się wspomnieniami, opowieściami, czyli czymś na kształt dawnego wspólnego przeglądania fotografii. Biorący udział w projekcie zaczęli z czasem oczekiwać pojawienia się kolejnego zdjęcia, każda fota lądowała finalnie na korkowych tablicach i była dyskutowana. Co ważne, użytkownicy nie wiedzieli o tym, że foty będą pojawiać się losowo, więc musieli się tego nauczyć. Bardzo interesujący był ich cykl adaptacji technologii – od fascynacji, przez odrzucenie/wkurzenie do rodzaju akceptacji i wpasowania jej w codzienne rutyny.

While individual trajectories understandably varied, all three households followed a similar path: a period of initial excitement in the first few weeks, followed by tensions that emerged around a lack of control over the prototype, and, eventually key moments of acceptance as the Photobox settled into everyday life.

Fantastyczny pomysł i naprawdę świetnie przeprowadzone badanie. I kiedy siedziałem wśród publiczności, ze wszystkich stron słychać było tylko jeden komentarz: kiedy i gdzie będzie można to kupić 🙂 To pytanie było wynikiem bardzo ciekawej obserwacji (która najczęściej totalnie przechodzi nam koło oczu, bo jest zbyt oczywista) oraz zaproponowanego do niej wyjątkowego rozwiązania. Zobaczcie, jak bardzo ten pomysł odległy jest chociażby od foto-ramek!

Cała ta historia była modelowym przykładem tzw. rozłożonego w czasie doświadczenia użytkownika (UX over time), o którym daaawno temu pisałem a którym to tematem zajmował się Evan Karapanos (i Marc Hassenzahl). UX over time polega (w skrócie) na tym, że w trakcie korzystania i oswajania jakiejś technologii mocno zmieniają się nasze doświadczenia. Co więcej, nie kontrolujemy tego procesu. Ostatecznie okazuje się, że rzeczy co do których zakładaliśmy, że będą nas wkurzać, wcale nas nie wkurzają (np. zupełnie ich nie zauważamy) a te które na początku uwielbialiśmy, okazują się zbędne czy uciążliwe. Po prostu dopasowujemy się do technologii, znajdujemy dla niej nowe zastosowania, czasami zmieniamy nawyki i wszystko idzie inaczej niż zakładaliśmy (jeśli cokolwiek zakładaliśmy). Można zadawać sobie pytanie, co oznacza w praktyce „over time”. W przypadku Photoboxa, „over time” wynosiło 13 miesięcy, bo tyle trwał proces researchu. Niesamowite.

Jeszcze bardziej niesamowite jest to, że całe urządzenie zostało bardzo przemyślnie zaprojektowane. William Odon w swoim artykule pisze o tym tak:

We intended the Photobox form to appear familiar to other non-digital cherished things, aiming for its material aesthetics to evoke a sense of warmth associated with older domestic artifacts. We settled on the final design because of its distance from contemporary ‘technology’ (i.e. oak compared to plastic). The two main components of Photobox are an antique oak chest and a Bluetooth-enabled Polaroid Pogo printer (which makes 2”x3” prints). We decided on using a chest that had already gathered a healthy amount of patina as it seemed to symbolize a well-aged artifact that could support the idea of re-visiting past experiences whose materials could inspire a sense of perceived durability.

Patrząc na wyniki, powiedziałbym że całość zadziałała dokładnie tak jak oczekiwano. Powiem więc, siedząc na sali pełnej ludzi (prezentacja była umieszczona w sesji critical design, o której już kiedyś pisałem, że cieszy się ogromną popularnością) wszędzie wokół siebie widziałem ludzi, którzy byli całkowicie zatopieni prezentowaną historią. I wszyscy oni się uśmiechali, bo sądzę że praktycznie każdy z nich dokładnie rozumiał insighty (bo sam produkuje fotki masowo) i każdy chciał coś takiego dla siebie. Osobiście, mam nadzieję, że Photobox w zbliżonej formie pojawi się kiedyś na rynku. Tymczasem mamy z tego świetny projekt badawczo-rozwojowy.