Witold Rybczyński - Dom. Krótka historia idei

O ile pierwsza wydana przez Karakter książka Witolda Rybczyńskiego  (Jak działa architektura. Przybornik humanisty – wkrótce napiszę też o niej) chwilę czekała na swoją kolejkę w mojej czytelni, o tyle kolejna miała już przetarty szlak i poszła praktycznie z marszu. Dom. Krótka historia idei, mimo że po raz pierwszy wydana prawie 30 lat temu (ależ ten czas leci), nie straciła wiele ze swojej aktualności i bardzo dobrze, że możemy cieszyć się jej polskim tłumaczeniem. To nie jest książka dla dekoratorów wnętrz jak mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka (chociaż z pewnością będzie dla nich interesująca). To książka dla osób, które chcą zrozumieć jak powstał świat, w którym żyjemy.

Można zadać sobie pytanie, co książka ze słowem „dom” w tytule robi na blogu, który – przynajmniej w nazwie – zapowiada, że będzie blogiem o UX. Można śmiało zadać takie pytanie. Odpowiedź będzie wyjątkowo pokrętna, ale sprowadzająca się do jednej obserwacji. To jest książka o projektowaniu. Nie projektowaniu interfejsu, nie projektowaniu usług, może trochę o projektowaniu wnętrz, meblarstwie, nieco o architekturze. Ale przede wszystkim jest to książka o ludziach i ich potrzebach. Teoretycznie, pracując z użytkownikami, tworząc dla nich rozwiązania, poznając ich, pracujemy w oparciu o zestaw podstawowych potrzeb ludzkich. Regularnie używając słowa „podstawowy” przyjmujemy go a priori i często nie zastanawiamy się, w jakim stopniu podstawowość ta jest wynikiem długiego procesu internalizacji pewnych idei. Rybczyński w swojej książce opisuje właśnie proces powstawania i przyswajania jednej z takich idei i dlatego jest to książka ważna.

Wbrew temu co można wyczytać w tytule, wcale nie chodzi tutaj tylko o ideę domu (jako budynku). W oryginale chodzi o „home”, czyli teoretycznie polski „dom”, ale jednak o coś więcej niż tylko budynek w jego aspekcie fizycznym. Bo główne rozważania Rybczyńskiego znacząco odchodzą od słowa dom/home i związane są z powiązanymi z nim ideami takimi jak intymność, wygoda czy komfort. Mimo że obecnie oczywiste i właściwie – przynajmniej w naszym obszarze kulturowym – wszechobecne, wcale nie powinny być za takowe uważane. Rybczyński dowodzi tego, pokazując jak na przestrzeni ostatnich kilkuset lat zmieniała się idea miejsca w którym mieszkamy. Zaczynając od średniowiecza przez renesans, barok, oświecenie aż po epokę wiktoriańską i pierwszą połowę XX wieku mamy szansę zobaczyć nie tylko jak ludzie mieszkali, ale przede wszystkim, dlaczego tak a nie inaczej i w jakim stopniu fizyczny aspekt zamieszkiwania determinowany był (oraz sam determinował) rozwój społeczno-gospodarczy. Pewne rzeczy przyjmujemy po prostu za dane nam z góry i raczej nie zastanawiamy się, dlaczego krzesła i stół przyjęły się w – nazwijmy to umownie – szeroko rozumianej kulturze europejskiej. A są to pytania naprawdę istotne. Czy pokoje powinny być duże czy małe, jaką rolę powinna odgrywać kuchnia, dlaczego wanna jest umieszczona w łazience, czy „maszyna do mieszkania” rzeczywiście była skuteczna? Te wszystkie pytania pozornie są od siebie odległe, a jeśli już łączyć je na jakimś planie, to pewnie jedynie w kontekście architektury wnętrz. Rybczyńskiemu udaje się pokazać do tego znacznie szerszy, społeczno-kulturowy kontekst.

Dla osób zajmujących się projektowaniem książka Rybczyńskiego powinna być lekturą obowiązkową. Doskonale pokazuje w jak silnym stopniu nowe (często innowacyjne) idee muszą zmagać się z rutynami życia codziennego, które zaskakująco rzadko tę innowacyjność wspierają. Teoretycznie o tym wiemy. Praktycznie, w codziennej pracy często o tym zapominamy, a warto pamiętać że mimo iż projektantom coś wydaje się oczywiste, recepcja tegoż przez użytkowników końcowych może być trudna (a nawet krańcowo odległa od tego, co zaplanowaliśmy).

Rybczyński dużo miejsca poświęca relacji pomiędzy użytecznością a komfortem. Bardzo celnie punktuje „naukowe” podejście do komfortu, definiujące go jak dopełnienie niewygody – wiemy kiedy coś jest niewygodne, jeśli nie jest niewygodne, znaczy że jest wygodne czyli komfortowe. Proste? Proste! Prawdziwe? Teoretycznie tak, w praktyce – niespecjalnie. W tym kontekście warto powiązać tę książkę z Językiem rzeczy Dejana Sudyica. Mimo że książka Stoica jest młodsza, bardzo dobrze wpisuje się w narrację Rybczyńskiego, a wspólnym mianownikiem dla obu książek jest krzesło. Rybczyński szczegółowo opisuje jego funkcjonalność, pokazuje jak zostało doprowadzone do funkcjonalnej perfekcji na przełomie kilkudziesięciu lat XVIII wieku (sic!) i jak od tej pory jest praktycznie niezmienne. W tym momencie warto zajrzeć do książki Sudjica (gdzie krzesła pojawiają sie w kilku miejscach) i zobaczyć jak trafnie kilkanaście lat wcześniej pisał o tym projektanckim problemie Rybczyński. Naprawdę skłania to do refleksji na temat tego, jak współczesny design sytuuje się w stosunku do problemów już (teoretycznie) dawno temu rozwiązanych.

Przyznam, że wcześniej niespecjalnie zastanawiałem się nad ideą komfortu. Jakoś tak przyjmowałem, że kiedyś było tak jak obecnie, czyli że ludzie chcieli żyć wygodnie. Okazuje się, że nie do końca, że jest to temat głębszy. Przyjmując dzisiejsze miary możnaby powiedzieć, że zmienił się układ odniesienia. Że pod pojęciem komfortu rozumiano coś zupełnie innego (jeśli w ogóle!). Zachęcam do zastanowienia się co znaczy dla Was komfort… a potem skonfrontowania tego z punktem widzenia Rybczyńskiego.

Dla mnie najbardziej interesujące (w kontekście architektonicznym) były rozważania o modernizmie (a jakże!). Rybczyński wskazuje na ciekawą rzecz – jego zdaniem jedna z głównych idei modernizmu, a mianowicie rezygnacja z szeroko rozumianych ornamentów/zdobień jest fałszywa o tyle, że podstawowe założenie modernizmu czyli funkcjonalizm, jest całkowicie niezależne od kwestii estetyki. To ciekawe i bardzo trafne spostrzeżenie. Coś co pierwotnie miało być „czyste” a przez to funkcjonalne, z czasem wyewoluowało w kierunku głównie funkcjonalności i użyteczności. W krótkim czasie pierwotne postulaty Le Corbusiera stały się przestarzałe, a mimo przekonania o swoim nowatorstwie, mentalnie pozostał on na etapie „starych” architektów:

Jeśli kuchnia jest zaplanowana zgodnie z przepisami naukowego zarządzania, to wszystko jedno, czy szafki są wykończone w stylu kolonialnymi czy mają porcelanowe klamki, i czy rzeczy długo stoją na właściwych miejscach, niezdbyt daleko od siebie. A jeśli ludzie czują się lepiej i lepiej pracują, gdy mają wokół wzorzyste kafelki i wesołe firanki, to również jest to praktyczność. Nie brak tapet i specjalnych wykończeń sprawia, że dom jest „nowoczesny”, jest to zasługa obecności centralnego ogrzewania, wygodnej łazienki, elektrycznego żelazka i pralki. Jak większość architektów, Le Corbusier nie rozumie albo nie chce przyjąć do wiadomości, że pojawienie się domowej technologii i zarządzania domem podporządkowało sobie zagadnienie stylu architektonicznego.

Rybczyński bardzo ciekawie zestawia koncepcje Le Corbusiera (modernistyczne) z wysoce pragmatycznymi pracami amerykańskich specjalistek od efektywnej aranżacji przestrzeni domowej. Niesamowite jest to, że w takim zestawieniu rozważania Le Corbusiera wypadają naprawdę sztucznie i pozostają pustymi frazesami, a sam Le Corbusiera jawi się jako czystej wody doktryner. Nie żebym (trochę interesując się działalnością LeCorbu) był tym jego doktrynerstwem jakoś specjalnie zaskoczony, ale porównanie z dokonaniami Lillian Gilbreth, Christine Frederick i Catherine Beecher jest dla niego naprawdę krytyczne. A tak w ogóle, to czy znacie te osoby? Kojarzycie nazwiska? Rybczyński nazywa je domowymi inżynierami i jego książka w dużej części to hołd dla ich pracy:

Bardzo wiele aspektów dzisiejszego życia domowego, które przyjmujemy za coś samo przez się zrozumiałego, miało swój początek w tamtym okresie [koniec XIX wieku – M.P] – dom niewielkich rozmiarów, blat do pracy właściwej wysokości, rozkład podstawowych urządzeń, oszczędzający dodatkowego dreptania, rozsądne przechowywanie produktów. Każdy kto teraz wygodnie pracuje przy kontuarze kuchennym czy wyjmuje naczynia ze zmywarki i bez trudu ustawia je na powieszonej z sensem półce, czy odkurza dom w godzinę, a nie przez cały dzień, zawdzięcza coś domowym inżynierom.

Edytorsko jest to kolejny popis Karakteru. Można co prawda nieco narzekać na format (osobiście wolałbym odrobinę większy), ale wykonanie to pełne mistrzostwo. Skoro książka mówi o idei komfortu, to właśnie to komunikuje okładka. Gruba, sztywna tektura o fakturze płótna, a do tego doklejony piękny płócienny grzbiet. Warto odwiedzić księgarnię, żeby wziąć tę książkę do ręki chociaż na chwilę. To trochę świat, który zanika, niestety (osobiście próbuję ratować go dla swoich dzieci kupując klasyczne pozycje z literatury wydawane w latach 50-tych i 60-tych). Jedyny przytyk jaki przychodzi mi do głowy, to brak ilustracji. To kolejna książka, którą (niestety) trzeba czytać z telefonem w ręce – dużo odniesień, dużo nawiązań, naprawdę bez tego jest trudno.

Jeśli nie wybrzmiało to wcześniej dostatecznie jasno, to dla pewności napiszę raz jeszcze. Bardzo polecam tę książkę wszystkim osobom zajmującym się projektowaniem. A dla tych zainteresowanych architekturą lub architekturą wnętrz, uważam książkę Rybczyńskiego za pozycję obowiązkową.

Witold Rybczyński will return in

„Jak działa architektura. Przewodnik humanisty”