Rem Koolhaas "Śmieciowa przestrzeń"

Rem Koolhaas, czyli architekt-intelektualista. Tak mówią niektórzy. Inni mówią że to błazen, enfant terrible archiektury i że dużo mówi, ale mało buduje. Opinie są podzielone. Od dawna przymierzałem się do lektury jego książek, jednak powstrzymywał mnie od tego fakt, że byłbym zmuszony czytać je po angielsku. Moja (eufemistycznie rzecz ujmując: wysoce niedoskonała) znajomość tego języka pozwala jednak tylko na dowiedzenie się, która aktualnie jest godzina, czy poznanie czyjegoś imienia. O czytaniu poezji nie ma mowy. A czytanie Koolhaasa to czytanie poezji.

Z Koolhaasem zetknąłem się po raz pierwszy przy lekturze Delirycznego Nowego Jorku. Zakładałem, że przeczytam jakiś przewodnik, cośtam cośtam o mieście, a trafiłem na najbardziej od lat inspirującą prozę – nie tylko pod względem treści, ale także formy. Po Śmieciową przestrzeń sięgnąłem więc z ogromnymi nadziejami. W przeciwieństwie do Delirycznego Nowego Jorku (jako pewnej całości), jest to antologia tekstów powstających od końca lat 70-tych – nie ma więc pomiędzy nimi bezpośredniego powiązania. Oczywiście są to teksty o architekturze i okolicach. I z mojego (amatorskiego) punktu widzenia – są to teksty bardzo nierówne.

Zachwycony jestem dwoma – Inteligentnym krajobrazem i Miastem generycznym – i o nich tutaj wspomnę.

Inteligentny krajobraz

W Śmieciowej przestrzeni Koolhaas podnosi temat tzw. inteligentnych miast (smart cities), przeciwstawiając je (czy właściwie ich wizje) klasycznym miastom rozwijanych przez architektów i urbanistów. Bardzo trafnie zauważa, że wraz z rozwojem metod i technologii cyfrowych idea miasta zostaje zawłaszczona przez szeroko pojęte technologie cyfrowe. Niestety, nie sposób się nie zgodzić, gdy pisze tak:

W ruchu na rzecz inteligentnego miasta panuje coraz większy tłok, a jego przedstawiciele robią, co mogą, by udowodnić swoją wartość, wymieniając rozmaite nieszczęścia, którym da się zapobiec dzięki zastosowaniu technologii cyfrowych. (…) Znane twarze sprzedają opinii publicznej rozwiązania , a zgrabnie nakręcone filmy reklamowe pokazują, jak obywatele i biznes łączą siły dla dobra wspólnego.

W typowy dla siebie – złośliwy – sposób Koolhaas pozostaje wobec inteligentnych miast sceptyczny. Jest to sceptycyzm dojrzałego architekta, dostrzegającego powierzchowność innowacji wnoszonych przez technologie cyfrowe. Odpowiednikiem inteligentnych miast w innych obszarach, jest fascynacja aplikacjami („zróbmy do tego aplikację – na pewno pomoże” – rzecz dość niestety powszechna) czy światem internetu rzeczy w wydaniu quasi-startupowym („just put a chip on it”).

U Koolhaasa nie wybrzmiewa to mocno, ale idea smart city jest szalenie niebezpieczną utopią, czerpiącą bezpośrednio z utopijnych miast-ogrodów czy najbardziej odjechanych wizji modernistów. To ciągle to samo budowanie przy założeniu podległości jednostki względem systemu, ciągłe przekonanie o boskiej roli projektanta, potrzebie master-planu, kolejnej wersji Nine Eyes Committee z ostatniego Bonda. System co prawda się zmienia, ale na gorsze, bo zyskuje możliwość inwigilacji oraz bieżącego uczenia się zachowań ludzkich.

Najbardziej zdradliwe w reżimie cyfrowym – co odróżnia go od wcześniejszych paradygmatów społeczno-politycznych opartych na pracy – jest jego automatyzm i swoboda, z jaką działa po zaprogramowaniu i uruchomieniu.

Koolhaas mocno podkreśla właśnie wymiar czasowy „architektury” nowych miast. O ile miasta starsze powstawały i trwały z pasywną architekturą (raz zbudowaną), o tyle miasto inteligentne to wysoce dynamiczny twór, dokładający wymiar czasu czy interakcji. Czy to dobrze? Pytanie to jest na tyle osobiste, że każdy z nas musi (lub wkrótce będzie musiał) odpowiedzieć sobie na nie samodzielnie. Rozważania Koolhaasa mogą pomóc nam w bardziej krytycznym spojrzeniu na „innowacyjne” inteligentne miasta i być przyczynkiem do głębszej refleksji na temat roli technologii w naszym życiu.

Miasto generyczne

Znacznie dłuższy i chyba ważniejszy tekst powstał w roku 1994. Tytułowa generyczność, to wizja miasta powstała po odrzuceniu jego lokalności i dziedzictwa.

Miasto generyczne to miasto uwolnione od dominacji centrum, wyzwolone z tożsamościowego gorsetu. (…) Jest miastem bez historii,. Jest wystarczająco duże, by pomieścić wszystkich. Jest łatwe. Nie potrzebuje konserwacji. Gdy staje się małe, po prostu się rozrasta.

Opowieść o mieście generycznym to z jednej strony krytyka tego, co Koolhaas za takie miasto uważa, z drugiej rodzaj hołdu złożonego klasycznemu miastu historycznemu, które pojawia się jednak tylko jako inwersja miasta generycznego. Miasta generyczne nie są w tym tekście określone dokładnie, ale nie sądzę, żeby ktoś miał trudności z przypisaniem do tej kategorii co najmniej jednego miasta, które odwiedził. Mimo pozornej hermetyczności, obserwacje Koolhaasa trafiają w punkt. Lekko (nieprzesadnie) ironiczny ton podkreśla tylko dystans autora do tej koncepcji. Jednak dystans ten nie jest wynikiem jakiejś głębokiej nienawiści czy próby zrozumienia obecnego stanu rzeczy. Tekst Koolhaasa to pogodna akceptacja faktu, że miasta generyczne istnieją, a w przyszłości będzie ich jeszcze więcej i ich rola będzie rosła.

Denver Airport

Będąc ostatnio w Denver, byłem zaskoczony nijakością miasta oraz wyjątkowością lotniska. Kiedy dostrzega się je pierwszy raz (najczęściej z oddali) robi niesamowite wrażenie, szczególnie że położone jest na równinach i nic nie zakłóca wyjątkowości widoku. A z daleka wygląda jak indiańskie obozowisko – gęsto ustawione wigwamy. Całość wnętrza nasycona jest indiańskim dziedzictwem Dzikiego Zachodu – wielkie portrety wodzów, murale z mapami i wizualizacjami różnych plemion, wszystko w sepiach i kolorach piasku (ściany, wykładziny). Do tego bardzo delikatnie sącząca się w tle etniczna indiańska muzyka. Naprawdę dałbym wiele, za powtórne doświadczenie dotarcia do kontroli paszportowo-celnej. To było doświadczenie. Wspominam o tym nie bez przyczyny, bo właśnie o lotniskach pisze Koolhaas:

Lotniska, niegdyś przejawy krańcowej neutralności, należą dzisiaj do najbardziej jednostkowych, charakterystycznych elementów miasta generycznego, stanowią jego kluczowy element różnicujący. Muszą nim być, skoro przeciętny człowiek niczego więcej w danym mieście nie doświadcza. (…) W kategoriach ikonograficznej efektywności lotnisko jest koncentratem hiperlokalności i hiperglobalności – hiperglobalności, bo można tam kupić to, czego nie ma nawet w mieście.

Czytałem te słowa nie i mogłem uwierzyć w stopień zbieżności z moimi spostrzeżeniami – nie dało się dokładniej opisać tego, co zauważyłem w Denver. Nijakość amerykańskiej przestrzeni miejskiej jest wręcz ikoniczna, co w połączeniu ze sprawlem sprawia, że miasta są praktycznie nieodróżnialne (chyba że ma się dobre oko i uda się zapamiętać skyline). Czyżby miasto generyczne to wynalazek amerykański?

***

Problem z pisaniem o książkach Koolhaasa wynika stąd, że treść i forma splecione są w ścisłą narrację. Są sobą wręcz poprzerastane i praktycznie niemożliwe jest ich parafrazowanie – stąd moje bezpośrednie skojarzenie z poezją. Czytając Koolhaasa nie wiadomo gdzie zaczyna się metafora, a gdzie kończy się fakt. A do tego jeszcze ironia:

W mieście generycznym, jak we wszystkich miastach, znajdziecie budynki i ciekawe, i nudne. Jedne i drugie wywodzą się od Miesa van der Rohego.

Klęczę i klaskam. I to mimo że wielokrotnie mówiłem sobie, że nie dam się drugi raz nabrać na słowa Koolhaasa (Hamlet antycypował jego teksty mówiąc: „słowa, słowa, słowa…”).

Zaprawdę, powiadam wam: czytajcie Koolhaasa. Zobaczcie co ma do powiedzenia, posmakujcie tego jak o tym mówi, bo naprawdę warto. Pewnie nie wszystko przypasuje, pewnie niektóre fragmenty uznacie za nudne, ale dla całej reszty – warto!

Komentarze

comments