WUD Silesia 2014Niecały tydzień temu miałem przyjemność wziąć udział w tegorocznej (2014) edycji WUD Silesia. Poza przyjemnością wycieczki do Katowic, miałem też zaszczyt poprowadzić tam warsztat. W tym roku tematem przewodnim WUDów był zaangażowanie (engagement), co bardzo mnie ucieszyło, bo – wiem że to nietypowe dla branży – uważam ten czynnik za najważniejszy element każdego procesu projektowego. Merytoryki można się nauczyć. Zaangażowania i podejścia nie da się kupić/nauczyć. To trzeba mieć. Świetnie, że zaczyna się do dostrzegać.

Występowanie na konferencjach to przyjemność, która ma swoją cenę. W tym wypadku ceną był brak możliwości uczestniczenia w warsztatach równoległych (a zaiste, naprawdę chciałem!) i w prezentacjach na sali głównej. Szkoda, bo słyszałem że były naprawdę udane. Pozostaje liczyć na to, że obejrzę je po udostępnieniu ich w sieci.

Co dał mi WUD Silesia?

Po pierwsze, miałem okazję spotkać i pogadać z kilkoma architektami pracującymi lub zamierzającymi pracować przy szeroko rozumianym UX (czymkolwiek ten UX jest – możecie wstawić sobie, co chcecie). Były to dla mnie rozmowy bardzo ciekawe i ważnie. Nie dlatego iżbym chciał zostać architektem (bo nie chcę), ale dlatego że mnie urbanistyka interesuje istotne. A tak się złożyło, że trafiałem na architektów-urbanistów. Super. Jeszcze bardziej super, że zostałem potraktowany poważnie (w sensie: gadaliśmy bez zawodowej ściemy) i mogłem zobaczyć jak wygląda trawa po drugiej stronie wzgórza (a wcale nie jest taka zielona).

Po drugie, miałem świetną grupę warsztatową, z którą mogłem popracować na czymś wyjątkowo pojechanym, co wkrótce zaprezentuję na blogu (przezornie jeszcze do wyników warsztatów nie zaglądałem, śmiało mogę więc to pisać) 🙂 Najfajniejsza była jednak możliwość wymiany doświadczeń. Nie, nie ze mną. Cieszę się, że udział w moim warsztacie był katalizatorem do tego, żeby ludzie zaczęli ze sobą gadać (bo gadali). Ach ten urok małych grup! 🙂

Po trzecie, mogłem posłuchać dwóch bardzo interesujących wystąpień – Pawła Nowaka (o odpowiedzialności projektanta) oraz Khanjana Mehty (o szerokim kontekście projektowym, w przypadku projektowania dla krajów rozwijających się). Cechą wspólną obu wystąpień było zwrócenie uwagi na odpowiedzialność, jaką poprzez swoje decyzje bierze na siebie projektant. Odpowiedzialność społeczną. Za to, że ktoś straci pracę, że będzie odstawał od swojej wspólnoty, że desing bez kontekstu nie jest dobrym designem… Bardzo interesująca refleksja, szczególnie w ciągle ogrywanym w środowisku projektanckim koncepcie posiadania większego wpływu na Rzeczywistość w ogólności, a na Wszystko w szczególności. Z wystąpienia Khanjana zanotowałem sobie jako myśl przewodnią „zamiast pytać jakie problemy są do rozwiązania, należy zastanowić się, jakie problemy jesteśmy w stanie rozwiązać”.  Odnosił on to co prawda do designu działającego na rzecz innych (takiego społecznie zaangażowanego), ale mam wrażenie, że zaskakująco często można odnieść to również do biznesu w postaci czystej. Chyba najbardziej Papankowe wystąpienie i postawa, jaką zdarzyło mi się widzieć na dotychczasowych konferencjach. A co jeszcze ważniejsze, dość krytyczna wobec samego projektowania.

Po czwarte, możliwość pogadania na spokojnie z Pauliną sami-wiecie-którą była bardzo miła. Taki trochę powrót do starych czasów. A już siatka/torba, na której ktoś napisał „P. Rzymska, M. Piotrowski, 2 flamastry cośtam” to był odjazd! Freudowska pomyłka 🙂 Guys, you made my day! 🙂 Przy okazji miałem też możliwość poznać prawie całą ekipę LaWonderlab. Mowi się „trudno” i żyje się dalej 😉

Hmmm… Gdybym miał podsumować, to była to dla mnie pierwsza konferencja, z której więcej wyniosłem na poziomie czysto relacyjnym. Profesjonalnie nazywa się to networking chyba 🙂

WUD Silesia = zaangażowanie

Od strony organizacyjnej – perfekcja. Poczynając od odbioru nas z dworca, przez fantastyczną kolację w Future Processing aż do pełnego wsparcia organizacyjnego już na miejscu (i super jedzenia). BTW, nie wiedziałem, że FP to takie wyjątkowe miejsce pracy. Jeśli połowa z tego co mówili oprowadzający nas po obiekcie jest prawdą, a osoby które tam spotkaliśmy w piątek wieczorem (sic!) nie były ustawka, to jest jakiś cud, że w Polsze takie miejsce funkcjonuje. Szacun za wizję i za tak skuteczne jej wdrożenie (i utrzymywanie). Historia jak z Hollywood jakiegoś Google, naprawdę.

Tegoroczny WUD Silesia zorganizowany był w Nowym Muzeum Śląskim – miejscu tak niesamowitym, że aż trudnym do ogarnięcia. Otóż NMŚ to muzeum nowe (właściwie nie jest jeszcze czynne), ale przede wszystkim nowoczesne – w formie i przesłaniu . Wspaniałe wnętrza, przestrzeń (dużo  przestrzeni, mimo że 4 piętra pod ziemią) i światło. Genialne. Bardzo ciekaw jestem ekspozycji (której główna część ma znajdować się pod ziemią) i przyjadę tu z dzieciakami z pewnością. Swoją drogą, nie miałem pojęcia że w samym centrum miasta była zlokalizowana regularnie funkcjonująca kopalnia (nie napisałem wcześniej, że muzem mieści się w dawnej kopalnii). Dla kogoś ze Śląska – rzecz być może normalna, dla obcego – jakaś totalnie dziwna sytuacja (ale kiedyś były czasy pokręcone).

***
Nieco ponad 2 tygodnie temu ukazał się nowy studyjny album Pink Floyd (The Endless River). Nie śledzę zapowiedzi rynku muzycznego. O sprawie dowiedziałem się przypadkiem, słuchając w Trójce czegoś, co brzmiało jak jakiś nieznany utwór Floydów. Tym utworem okazał się Louder Than Words. Tak bardzo odmienny od reszty płyty, że bardziej się nie dało…

Oczywiście zaraz potem zacząłem słuchać The Endless River i bardzo się rozczarowałem. Zamiast czegoś nowego, odkrywczego, świeżego, dostałem zbiór utworów, które były dla mnie jak muzyka Iron Maiden – wszystkie takie same (można hejtować). Miałem wrażenie, że słucham a to Wish You We Here, a to jakichś fragmentów z The Wall, The Dark Side of the Moon czy Atom Heart Mother. Słuchałem i zastanawiałem się, po co taki zespół zabija własną legendę wypuszczając niesamowicie wtórny materiał. Nie to, żeby były zły. Po prostu wtórny, nie wnoszący nic nowego, eksploatujący tylko stare wątki i brzmienia.

W niedzielne przedpołudnie, kiedy szedłem pustymi ulicami Katowic z Floydami na uszach zrozumiałem, że ta płyta to pożegnanie. Zupełnie niesamowita sprawa, chociaż niby zwykła – spacer na dworzec. Jedna nie była taka do końca zwykła, bo opuszczałem bardzo wyjątkową czasoprzestrzeń – czasoprzestrzeń WUD Silesia. Będąc właśnie w takiej sytuacji – żegnania się z czymś magicznym, takim doświadczeniem opuszczania czegoś, co się kończy – nagle cała płyta stała się niesamowicie spójna. Jakby rozsypane puzzle złożyły się w całość. Nie mam wątpliwości, że gdyby mnie tam nie było, nie zrozumiałbym tej płyty i doświadczył czegoś na pograniczu magii i rzeczywistości. WUD Silesia, thank you!!!

PS. Ciąg dalszy opowieści „dlaczego na Śląsku jest zajebiście” nastąpi. Destination Cieszyn.

Komentarze

comments